38. Psikus i koszmar cz.III

Remus patrzył, jak jego przyjaciele studiują mapę Hogwartu, dokładnie zapamiętając rozkład pomieszczeń. Blondyn westchnął cicho. Dlaczego pozwalał sobie na tak nieodpowiedzialne czyny, jakimi było planowanie kawału, żartu, czy psikusu, jak kto woli. Lupin uśmiechnął się na wspomnienie rozmowy, w której Peter nie zrozumiał ani słowa.
- Co z tobą, Remusie?
Remus spojrzał na Syriusza, który zadał pytanie i przetarł oczy.
- Nic, po prostu jestem zmęczony.
Było już grubo po północy.
- Idź spać- powiedział rzeczowo i sensownie Peter.
Remus wzruszył ramionami, podniósł się i rzucając ostatnie spojrzenie na cichy Pokój Wspólny, poszedł do dormitorium. Zamknął drzwi do łazienki i popatrzył w lustro. Ściągnął koszulkę i popatrzył na swoje wystające żebra. Zastanawiał się, czy jego przyjaciele zauważyli, jak szybko chudnie. I nie chodziło tu o samą pełnię. Do niej było jeszcze trochę czasu. Ciągły stres, ból i niepewność sprawiały, że noce Remusa stawały się bezsenne. Nieważne, ile leżał, wpatrując się w kotary swojego łóżka, sen nie nadchodził. Problemy z jedzeniem również ujawniały się stopniowo. Remus z rozpaczą przeczesał swoje włosy. Ile czasu minęło, od kiedy najadł się do syta? Dużo, stwierdził z żalem. Na widok jedzenia ogarniały go mdłości. Czy jednak reszta Huncwotów zauważyła niepokojące zmiany? Tego Remus nie wiedział, ale rozumiał, że w końcu trzeba będzie powiedzieć o tym przyjaciołom.
Parę chwil później Lupin leżał na łóżku, szczelnie owinięty kotarami. Patrzył w górę, leżąc na wznak i rozmyślał, świadom mijającego czasu.
Co było przyczyną apatii chłopca, co było źródłem jego niszczącego niepokoju?
A otóż…

 

37. Psikus i koszmar cz.Ii

Alan siedział w swojej celi. Kołysał się na pryczy. W przód, w tył, przód, tył, przód…
- Alanie…- usłyszał jedwabisty głos.
Zadrżał i zaskomlał jak pies.
- Odejdź- warknął i podniósł głowę. Przed nim stała, a raczej wisiała w powietrzu, zjawa. A dokładnie duch jego siostry.
- Nie odejdę- powiedziała, a ton jej głosu z neutralnego przeszedł w lodowaty- Wykonując swój czarnomagiczny rytuał, widziałeś ostrzeżenie. Po pierwsze: nie odejdę, po drugie: znajdzie się ofiara śmiertelna. Kto by pomyślał, że będzie to Amanda. Niewinna dziewczyna. A może winna? Przecież krzywdziła Emilię. A będąc już przy niej, całkiem podobna do mnie, nieprawdaż?- jej głos ociekał drwiną.
- Lidio, nie poznaję cię… Wtedy, przed śmiercią, byłaś…inna.
- Wtedy byłam człowiekiem. Teraz jestem zjawą. Sam o to zadałeś, zakłócając mój wieczny spokój.
Alan popatrzył na swoją siostrę. Biła od niej bladozielona poświata. Była wręcz…przezroczysta. Ale przynajmniej- wyglądała jak ta sprzed pożaru, choć rysy twarzy stały się bardziej… wyostrzone. Skrzywione żalem, cierpieniem i nienawiścią. Starał się odrzucić od siebie zapach palonego ciała, krzyki Lidii, ale nie mógł. Coś ciągle kazało im wracać.
- Co ty mi robisz? Przestań!
Alan widział spalonych rodziców, przyjaciół, znajimych. Krzyki wszystkich zlewały się w jedno.
Po chwili koszmar ustał. Alan ciężko dyszał, a po jego policzach ciekły obfite łzy.
- Czy ktokolwiek oprócz ciebie mnie widzi?- spytał, spazmatycznie łapiąc oddech.
Lecz Lidia nie odpowiedziala. Patrzyła na niego, bezlitośnie przetrącając jego myśli, okręciła się w powietrzu i odleciała, przenikając przez ścianę izolatki.

 

36. Psikus i koszmar cz.I

-Dlaczego to zrobiłeś?
Alan poczuł silne uderzenie w twarz. Po wielu sposobach Ministerstwo Magii posunęło się do drobnej przemocy. Niemagicznej.
Ale jedno Alan Lettlin mógł przyznać- bolało jak cholera.
Chłopiec milczał jak zaklęty.
- Jak wolisz. Niedługo proces sądowy, na którym nic przecież nie powiesz, a następnie pobyt w Azkabanie i towarzystwo dementorów- syknął obcy mu mężczyzna.
Alan zadrżał.
- Nic nie powiesz?
Chłopak wpuścił głowę. Niespodziewanie usłyszał, dla odmienności, kobiecy głos.
- Jesteś młody, całe życie przed tobą. Nie chcesz chyba trafić do Azkabanu za milczenie?
Alan zaśmiał się gardłowo. Bynajmniej nie był to wesoły śmiech.
- Bo uwierzę, że wypuścicie mnie wolno. Przecież ją zabiłem!- głos chłopaka załamał się niebezpiecznie.
Kobieta popatrzyła na wielkiego siniaka na twarzy chłopca.
- Oni ci to zrobili?
Tak naprawdę to nie potrzebowała potwierdzenia. Ale każde słowo mogło złamać nastolatka. Choćby to najmniej niespodziewane.
Popatrzyła na współpracowników, westchnęła i jednym zaklęciem usunęła siniec.
- Nie życzę sobie tu przemocy.
Potem zwróciła się do winnego.
- Alanie, niestety musiałam opuścić Ministerstwo Magii i przydzielono do ciebie moich podwładnych.
Gestem ręki odprawiła mężczyzn.
- Wrócisz do swojej..-tu się zawahała- izolatki, a ja jutro przyjdę i bez świadków z tobą porozmawiam. Zgadzasz się?
Alan uporczywie wpatrywał się w przeciwległą ścianę, udając, że nie słyszy głosu kobiety, która westchnęła i wyszła z pomieszczenia.
Lecz nie mogła zobaczyć, jak Alan zaciska oczy, a z nich wypływają łzy.
***

Od pogodzenia Huncwotów minęło trzy tygodnie. Remus wybaczył Jamesowi, choć zapewnie minie jeszcze trochę czasu, nim zaufa mu całkowicie.
Syriusz bawił się swoimi włosami.
- Wiecie co?
James wzruszył ramionami.
- Co tak ciekawego mamy wiedzieć?
- Nudzi mi się.
Remus przekręcił oczyma, omiatając wzrokiem sufit wieży Gryffindoru.
- Aha. Interesujące.
James natomiast zrozumiał ukryty podtekst Blacka.
-Jak, gdzie i kiedy?
Remus i Peter zwrócili swój wzrok na dwójkę pozostałych przyjaciół.
- Jak? Jeszcze nie wiem. Gdzie? Na pewno w szkole. Kiedy? Najlepiej jutro- powiedział uśmiechnięty James.
Remus wreszcie zrozumiał.
- Chcecie kolejny szlaban?- spytał z dezabropabatą.
- Zauważ, Remusie, że chyba nadal nie mają wolnych terminów.
Peter myślał, myślał i myślał, ale nie mógł się domyśleć, o czym mówią jego przyjaciele.
Syriusz kontynuował rozmyślania Pottera.
- Wiemy kiedy, wiemy gdzie. Ale nie wiemy co.
Remus pomyślał chwilę. Co mogliby zrobić? Coś wystrzałowego i ciekawego, ale na pewno nie wykraczającego poza granice rozsądku. I wtedy wpadł na genialny pomysł.
- Wiem!- wykrzyknął, lecz nie był w stanie dokończyć, bo przerwał mu Peter.
- Można wiedzieć, o czym wy mówicie?!
Syriusz uśmiechnął się z pobłażaniem.
- A otóż, Peter, omawiamy żart, kawał, dowcip czy psikus. Co wolisz, wybór należy do ciebie.

 

35. Nadszedł czas

- Severus!
Chłopak drgnął zaskoczony na dźwięk swojego głosu. Po chwili ktoś, dosłownie, rzucił się na niego. Gdyby nie dostrzegł burzy rudych włosów, najprawdopodobniej próbowałby znokautować przeciwnika.
- Lily! Co się stało?
Czuł, że jego przyjaciółka wie coś o tej dziwnej sprawie. Zresztą- w gabinecie dyrektora nie przesiaduje się bez powodu.

Ruda wyraźnie była zmartwiona.
- Lepiej ty powiedz, co się stało. Nic ci nie zrobił?
Severus pokręcił głową, jednocześnie czując, że zalewa go fala zmęczenia. Dopiero teraz, gdy niebezpieczeństwo minęło, poczuł ból w żebrach. Najprawdopodobniej podczas upadku musiało kilka pęknąć.
- Lily- powiedział stanowczo Dumbledore- Severus powinien teraz udać się do Skrzydła Szpitalnego. Poppy musi go opatrzyć.
Severus, mimo tego, że lubił Lily, po raz pierwszy poczuł do dyrektora niewysłowioną wdzięczność.
Po chwili pani Pomfrey faszerowała go różnymi eliksirami, a on sam myślał nad tą dziwną sprawą.
***
Dwójka chłopaków siedziała w dormitorium. Starali się na siebie nie patrzeć. James nerwowo skubał koszulę, a Remus siedział całkowicie nieruchomo. Wyglądał na opanowanego, lecz w środku cały czas zwalczał chęć natychmiastowej ucieczki. Miał ochotę wrzeszczeć. Chciał wyrazić, co czuje, co się w nim kłębi i próbuje znaleźć ujście. Lecz gdy już miał zamiar wstać, James w końcu się odezwał. Po prostu wspaniałe wyczucie czasu.
-Remus…Ja…
- Oczywiście! Znowu TY, ty, ty i tylko ty! Wiesz, że inni też istnieją?
James skulił się, a Remus stopniowo uspokajał.
- Remus, ja.. wiem, że ty masz uczucia. Ale ja też je mam.
Lupin siedział w milczeniu. W ciszy, którą z każdą chwilą przedłużała się coraz bardziej.
- Wiem, że zachowałem się jak totalny głupek. Nie powinienem tak reagować. Ja…wstydzę się siebie. Jesteś człowiekiem, a ja zareagowałem, jakbyś był potworem, który w każdej możliwej chwili ma się na mnie rzucić z kłami.
- Ja jestem potworem- powiedział beznamiętnie Remus.
- Nie, nie mów tak Remusie, proszę- po policzkach Jamesa popłynęły łzy. – Wiem, że ciebie to boli, ale ja nie chciałbym, żeby bolało mnie. A gdybyś coś sobie zrobił, to ja musiałbym z tym żyć. Ze świadomością, że zabiłem swojego przyjaciela.
Użył- pomyślał Remus- użył tego słowa.
- James, ja…
- Remisie, ja nie chciałem- po policzkach Jamesa ciekły obfite łzy- Po prostu zdenerwowało mnie to, że nic nam nie powiedziałeś.
- A dziwisz się?- spytał Remus, ale trochę łagodniejszym tonem, niż wcześniej.
James spuścił głowę. Kilka łez kapnęło na pościel, zostawiając na niej mokre ślady.
- Nie, nie dziwię się. Remus, proszę, wybacz mi to, że tak zareagowałem, że cię uderzyłem. Wybacz, że cię zraniłem.
Teraz oboje płakali.
Syriusz, który plecami opierał się o drzwi dormitorium nerwowo czekał na jakąkolwiek odpowiedź. Siedział tam na wypadek, gdyby coś wymknęło się spod kontroli. Nie chciał podsłuchiwać. Czas milczenia przedłużał się z każdą chwilą.
Jednak Syriusz nie mógł zobaczyć, że Remus kiwa głową i obejmuje przyjaciela, po czym podchodzi do drzwi.

34. Po panice zawsze następuje bezsilność

​ Severus stwierdził, że dłużej nie wytrzyma w swoim dormitorium i wyszedł na spacer. Z nosem w książce, oczywiście. Gdy szedł korytarzem, poczuł na ramieniu mocny uścisk. Zaskoczony obejrzał się do tyłu. Zdziwiony zauważył wyższego i starszego chłopaka, z którym Lily ostatnio rozmawiała. 
-Mogę w czymś pomóc?- spytał.
- Owszem- warknął niemiło Alan.
Nim Snape zdążył powiedzieć coś jeszcze, poczuł, że nogi odrywają mu się od podłogi, a on sam leci przez całą dlugość korytarza, najpewniej by z całym impetem uderzyć o twardą, kamienną ścianę. 
***
Teraz Lily nic nie mogło uspokoić. Dumbledore na marne strzępił sobie język, a dziewczyna dopiero po długim czasie kopania w drzwi przypomniała sobie o różdżce schowanej w kieszeni. Wyciągnęła ją szybko i powiedziała pierwsze zaklęcie, jakie wpadało jej do głowy.
- Bombarda maxima!
Zaklęcie uderzyło w drzwi i po prostu…zniknęło bez wyrządzenia jakiejkolwiek krzywdy. Dumbledore westchnął cicho. Nie mógł jej teraz wypuścić. 
-Lily, posłuchaj mnie…
Lecz dziewczyna nie zamierzała nikogo słuchać.
- Nie pozwolę mu skrzywdzić Severusa! Nie przeze mnie!
Dumbledore ze smutkiem pokręcił głową, gdy Lily zaczęła niszczyć wszystkie przedmioty, które wpadły jej pod rękę. 
- Lily- powiedział w końcu- nie chcę cię obezwładniać, ale stwarzasz zagrożenie dla samej siebie. Nie pozostawiasz mi wyboru. 
Podszedł do dziewczyny, która stanęła jak wmurowana na słowa dyrektora, i jednym zaklęciem wyleczył jej ranę spowodowaną rozcięciem. Lily beznamiętnie patrzyła, jak odłamki szkła znikają z rozcięcia, a z rany nie pozostaje nic. I choć wydawało się, że Dumbledore lekko złapał ją za nadgarstek, dziewczyna z przerażeniem zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie  ich wyszarpać. 
Wtedy Dumbledore zauważył siniaki. Położył nadgarstek dziewczyny na swojej dłoni i spytał:
- Skąd to się wzięło?
Lily zastanawiała się poważnie, czy zaszkodzić Alanowi jeszcze bardziej. Potem pomyślała o tym, co ten morderca może teraz robić jej przyjacielowi, zacisnęła mocno oczy i powiedziała bardzo:
- Alan.
Dumbledore westchnął cicho i Lily po raz pierwszy zobaczyła w nim zmęczonego człowieka. Wypowiedział kilka słów, a fioletowe siniaki zaczęły znikać.
- Teraz tylko ich nie widać. Za parę dni przestaną boleć.
Z Lily uszedł cały gniew i panika. Teraz czuła tylko…obojętność. Z głębokim westchnięciem opadła na krzesło przy biurku i zakryła twarz dłońmi.  Dyrektor bezszelestnie okrążył dziewczynę i zasiadł we własnym fotelu.

- Nie martw się Lily. Alan poniesie konsekwencje za swoje czyny. 

Lily popatrzyła na niego z rozpaczą.

- Ale przeszłości nie da się zmienić.

Dumbledore wyglądał, jakby miał coś powiedzieć, ale ostatecznie przemilczał sprawę.
***

Przeciągnął się mocno, lecz po chwili jęknął głośno, czując mocny ból w głowie. Chwila, co się stało, myślał chłopiec. Nie mógł sobie nic przypomnieć, choć wysilał się, jak tylko mógł. Zrezygnował, gdy poczuł mocne mdłości. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie doświadczył. 

Rozczochraniec pobiegł do łazienki i opróżnił marną zawartość swojego żołądka. Z ulgą oparł się o wannę.

- James?

Potter z cichym jękiem okręcił się w stronę źródła głosu. Z pewnym zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że nie ma okularów. Nie mógł bez nich rozpoznać rozmówcy. Lecz poczuł, jak ktoś wciska mu oprawki w dłoń. Ubrał je powoli i spojrzał na osobę.

- Syriusz? 

Szarooki miał na sobie szatę szkolną i właśnie rzucał torbę z książkami na łóżko. 

- Co mi jest?- spytał słabo James.

Syriusz uśmiechnął się trochę z przymusem.

- Kac- powiedział.  James zaniemówił.  Otwierał i zamykał  buzię jak ryba wyjęta z wody.

- Ale przecież ja nic nie piłem…

I wtedy z całą mocą dotarły do niego wydarzenia z chatki Hagrida.

Chciał coś powiedzieć Blackowi, lecz ten nie miał zaszczytu tego wysłuchać, gdyż okularnik znów zaczął wymiotować. Syriusz, by tego nie oglądać, wyszedł z łazienki i wrócił dopiero wtedy, gdy odgłosy wydawane przez Huncwota ustały.

James po raz kolejny głęboko odetchnął i po chwili spytał nieśmiało Syriusza:

- A co z…Remusem.

Szarooki skrzywił się lekko. Wiedział, że Lupin siedzi w Pokoju Wspólnym i smętnie wpatruje się w okno.

- Nie czas na to. Obudziłeś się w samą porę.

James uniósł brwi w niemym pytaniu.

- Musisz odstawić niezły teatrzyk. Powiedzieliśmy McGonagall, że źle się czujesz, wiesz, wymiotujesz, jęczysz, majaczysz, i tak dalej. Pewnie zaraz tu przyjdzie i sprawdzi, więc bądź gotowy.

James zaniemówił. Lecz wiedział, że nie czas teraz na podziękowania i pytania, więc powoli położył się do łóżka i zrobił najbardziej zbolałą minę, na jaką było to stać. Tak naprawdę to nie musiał nawet udawać ani za bardzo się starać. 
Peter wpadł do pomieszczenia jak burza.

- Jest w Pokoju Wspólnym!- krzyknął. James jęknął, lecz nie wiadomo, czy z powodu McGonagll, czy bólu głowy spowodowanym wrzaskiem.
Lecz po chwili wpadł Remus i powiedział szybko:

- Nie idzie tutaj. Wszyscy mają zakaz wychodzenia z Pokoju Wspólnego. Coś się dzieje. 
Remus i James spojrzeli na siebie, a ich serca przeszył mocny ból. 
*****

Severus z głuchym stęknięciem upadł na ziemię. Oszołomiony popatrzył na Alana, który uśmiechał się drwiąco. 

- Czy ja coś tobie zrobiłem?- spytał wściekły Snape- Nawet cię nie znam!

Alan nie odpowiedział, a Severus z czystym sercem mógł stwierdzić, że szesnastolatek wyglądał na niepoczytalnego. 

Blondyn uniósł różdżkę i wycelował ją w Severusa. Ten drugi natomiast zaklął siarczyście i z przerażeniem przypomniał sobie, że szedł tylko na spacer i nie wziął ze sobą różdżki…

- Ta ruda wiedźma będzie cierpieć- wysyczał.

Snape zamarł. Czyżby ten chłopak mówił o jego Lily?

- Avada…

Severus nie dostrzegał w oczach Alana ani skrawka litości. Nic prócz gniewu i pragnienia mordu. Chłopiec skulił się, czekając na śmierć. 

I wtedy wydarzyło się nieoczekiwane.

- Drętwota! 

Snape nadal nie podnosił głowy. Wszędzie latały zaklęcia. Usłyszał łomot paru ciał upadających na podłogę. Po kilku sekundach zaklęcia ustały. Lecz Severus dalej, jak wmurowany, nie poruszył się nawet o cal.

Poczuł czyjąś dłoń na ramieniu, lecz nie wstawał, dopóki nie usłyszał, że wyiesiono Alana. 

- Chłopcze, mam na imię Marcus Poher, jestem aurorem. Teraz zaprowadzę cię do profesora Dumbledore’a. Ktoś jeszcze tam na ciebie czeka. Potem wyślą cię do Skrzydła Szpitalnego.

Severus poddał się woli prowadzącego, wciąż lekko oszołomiony.
***

KOCHANI,

Gdy już spokojnie przeczytaliście rozdział, mogę Wam coś oznajmić…

DOKŁADNIE dzisiaj mija DWA LATA tego opowiadania. 

12 stycznia 2015 roku powstała pierwsza wersja rękopisu pierwszego  rozdziału! Już dwa lata piszę to ff, z małymi przerwami, i nadal mam na nie wenę! Jestem przeszczęśliwa :D Nie na codzień świętuje się drugą rocznicę  opowiadania :D

Dziękuję wszystkim, którzy  czytają to fanfiction :*

33. Gdy niewiele brakuje

Dorcas popatrzyła na kalendarz. 8 stycznia.
Jak czas wolno biegnie, gdy człowiek cierpi, pomyślała. Dopiero 8 dni od była w szkole. Całe osiem dni ukrywania emocji po jego stracie.
- Dorcas, słuchasz mnie w ogóle?
Dziewczyna otrząsnęła się z zamyślenia i z przeproszeniem popatrzyła na przyjaciółkę.
- Przepraszam, zamyśliłam się. Co mówiłaś?
Lily westchnęła.
- Naprawdę nie pamiętasz?  Miałaś zerknąć na kalendarz i znaleźć ostatnią sobotę stycznia.
Dorcas zmieszała się.
- Przypomniało mi się coś.
Dziewczyna jeszcze raz zerknęła na kalendarz w poszukiwaniu dnia.
- Ostatnia sobota wypada…dwudziestego piątego stycznia.
Lily kiwnęła głową.
- Chyba żadna nie ma planów na ten dzień?
Ann, Alicja i Dorcas zgodnie pokręciły głowami.  Rudowłosa odetchnęła z ulgą. Wciąż coś im nie pasowało.
- Czyli ustalone. Dwudziesty piąty stycznia, noc wyznań.

Dziewczyny siedziały w dormitorium. Kilka godzin wcześniej skończyły się lekcje. Lily przeciągnęła się mocno i wstała.
- Idę odwiedzić…znajomą w Skrzydle Szpitalnym. Powinnam wrócić za jakiś czas.
Dziewczyny kiwnęły głową, a Ruda wyszła z dormitorium.
***
Emily leżała w łóżku szpitalnym i ….nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Ciągle była pod opieką pani Pomfrey. Po tym, jak się obudziła, odwiedził ją psycholog. Nie chciał przyjąć do wiadomości, że Emily wcale nie miała na myśli próby samobójczej, co jeszcze bardziej ją dołowało.
Dziewczyna straciła nadzieję, że ktokolwiek przyjdzie ją odwiedzić. Od pielęgniarki dowiedziała się, że przyniósł ją jakiś chłopak ze starszych klas. I na tym kończyły się jakiekolwiek informacje.
Krukonka była jedynym gościem Skrzydła Szpitalnego, co oznaczało, że Poppy miała więcej czasu na opiekowanie się nią.
Jakież wielkie było zdziwienie Emily, gdy drzwi cicho zaskrzypiały, a do pomieszczenia weszła ruda osóbka.
- Lily?- spytała zdziwiona dziewczyna.
Rudowłosa uśmiechnęła się delikatnie. Domyśliła się, że mimo tego, że Emily wysłała do niej karteczkę, wcale nie sądziła, że do niej przyjdzie.
Ruda cicho usiadła na stołku obok łóżka pacjentki.
-Jak się czujesz?- spytała.
Dobrze, zamierzała  powiedzieć Krukonka, ale to słowo nie chciało wyjść przez jej gardło. Lily zaniepokojona milczeniem, popatrzyła uważnie na rówieśnikę. Nigdy nie czuła się tak, by wiedzieć, jakie uczucia kierują ludźmi, którzy przez nie byli gotowi pożegnać się z własnym życiem. Emily chyba wiedziała, o czym myśli Lily.
- Ty chyba też nie sądzisz, że chciałam…- Emily znów zabrakło słów.
Lily popatrzyła na nią poważnie, lecz w jej oczach widoczny był smutek.
- A co miałam pomyśleć?- szepnęła- Znaleziono cię całą zakrwawioną, nikogo wtedy obok ciebie nie było.
Emily zamknęła oczy.
- Chciałam wtedy po prostu uciszyć myśli. Nie życie… Zastanawiam się teraz, czy Amanda nie żyje przeze mnie.
Lily skrzywiła się. Rozpoczęły temat, którego chciała uniknąć.
- To nie przez ciebie. Nawet tak nie myśl- Emily uciekła wzrokiem-Proszę.
Panna Carghin skinęła głową , choć wiedziała, że wcale nie będzie tak łatwo.
- A kto jest…mordercą?- padło pytanie. Tym razem to Lily uciekła wzrokiem. Po chwili wahania, powiedziała:
- Nie wiem.
Emily popatrzyła na nią uważnie.
- Kłamiesz- Ruda drgnęła- Nie chcesz powiedzieć mi prawdy. Dlaczego?
- Bo sama nie jestem pewna, co, prócz zemsty, kierowało tą osobą.
Emily poruszyła się niespokojnie. Kto chciałby się za nią mścić? Przecież nie miała nikogo.
- Czyli znasz tą osobę?
Lily kiwnęła głową i przygryzła wargę.
-A ta osoba zna mnie?
Lily się zawahała, ale po chwili niepewnie skinęła na znak zgody. To wzbudziło w Emily czujność.
- Ale skąd mnie zna?
Lily gwałtownie wstała i zakryła twarz dłońmi. Po chwili wybuchła.
- Nie wiem, Emily, nie wiem! Zaufałam osobie, której nie znałam! Co ja sobie myślałam?! A jakby to mnie zrobił krzywdę?!
Lily coraz bardziej panikowała. Emily popatrzyła na nią przerażona.
- Ale chyba nie chcesz powiedzieć, że…rozmawiałaś na mój temat z kimś zupełnie obcym dla mnie i dla ….ciebie?!Przecież to..
Emily gwałtownie przerwała i obie okręciły się w stronę drzwi. Gdy Emily wypowiadała jedno z ostatnich zdań do szpitala wszedł Dumbledore.
- Dzień dobry, dziewczynki. Witaj, pani Pomfrey- dodał, gdy pielęgniarka wyszła ze swojego gabinetu. Lecz jego oczy wciąż były skierowane na załamaną Lily.
- Witaj, Albusie. Co cię tu sprowadza?- spytała Poppy.
- Przyszedłem porozmawiać z Emily. Ale póki co muszę zamienić słówko z panną Evans.
Lily wystraszyła się. Chyba nie poniosę konsekwencji za to, że pomagałam mordercy?, pomyślała. A potem zdała sobie sprawę, że Dumbledore przecież nie zna sprawcy.
Ruda niepewnie wstała.
- Zapraszam do mojego gabinetu- powiedział z uśmiechem, choć jego oczy pozostawały poważne i czuje.
Emily popatrzyła na Lily z przerażeniem.
******
Rudowłosa powoli zamknęła drzwi gabinetu Dumbledore’a, a sam dyrektor usiadł za biurkiem. Gestem zaprosił dziewczynę, by usiadła naprzeciw niego. Zaniepokojony dyrektor patrzyła jak dziewczyna  niepewnie siada na krześle.
- Odwiedziłem Skrzydło Szpitalne, by porozmawiać z panną Carghin na, być może, przykry dla niej temat. A mianowicie o jakichkolwiek faktach, które mogłyby mnie doprowadzić do sprawcy przykrego incydentu. Lily- dziewczyna drgnęła na dźwięk swojego imienia- wchodząc usłyszałem kilka niepokojących zdań. Wiesz, co mam na myśli?
Dziewczyna zacisnęła usta i  kiwnęła głową.
- Martwię się o ciebie.
Lily gwałtownie uniosła głowę, która zdążyła opuścić w dół. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Dlaczego niby ktoś taki jak dyrektor miałby się o nią martwić?
- Znasz sprawcę, prawda?
Lily kiwnęła głową,  czując, za cała drętwieje.
- I zapewne w Skrzydle Szpitalnym zdałaś sobie sprawę, w jakim niebezpieczeństwie byłaś i wciąż jesteś.
Po policzku Lily spłynęła łza. Przez chwilę milczała. A potem powiedziała te dwa przeklęte słowa.
- Alan Letllin.
Tyle wystarczyło, by Dumbledore postawił całe grono nauczycielskie na nogi, wezwał aurorów i zrobił coś, czego Lily się nie spodziewała…
Rozkazał jej zostać w swoim gabinecie i poczekać na jego powrót.

Lecz gdy wrócił nie miał dobrych wieści. Zmęczony opadł na fotel i zamknął oczy.
- Alan zaginął. Nie możemy go odnaleźć.
Lily skoczyła na równe nogi.
- Ale…
Dumbledore’a przerwał jej.
- Alan, albo któryś z jego kolegów musiał zobaczyć, jak prowadzę cię do swojego gabinetu.
Dla Lily czas się zatrzymał. Na chwilę przestała oddychać.
- Ale…
Dziewczyna opadła na krzesło, bo poczuła, że traci grunt pod nogami.
Alan wiedział, że na niego doniosę.
Wie, że może już robić wszystko. Nic nie zmieni zarzutu morderstwa.
A to oznacza…
Zemsta na mnie.
Ale skoro ja jestem tu…
- Dziewczyny!- wrzasnęła przerażona dziewczyna i pobiegła do drzwi. Zamknięte. Zaczęła je szarpać.
- Lily, pomyśleliśmy o tym. Autorzy pilnują twoich przyjaciółek. Alan jest zdolny do wszystkiego. Są podejrzenia, że użył do…pewnej rzeczy Czarnej Magi… A to oznacza dożywotni pobyt w więzieniu. Alan jest prawie pełnoletni, więc będzie odpowiadał jako dorosły.
Lily zaprzestała bezowocnego zajęcia, jakim była próba zniszczenia drzwi.
- Lily, posłuchaj mnie uważnie. Czy Alan wiedział cię w towarzystwie któregoś z twoich innych bliższych znajomych?
Lily zastanowiła  się przez chwilę. Strach zjadał ją od środka.
Kolejny raz tego dnia straciła oddech.
Poczuła, że ogarnia ją panika.
- Severus!

 

32. Możliwy morderca

Dorcas usiadła na swoim łóżku i uniosła brwi.
- Czy ty coś sugerujesz?- spytała niewinnie.
Alicja zachichotała.
- Ależ nie. Zastanawiam się, czemu ciągle patrzysz na tego, jak mu tam?, Patricka? Nie, Sebran! Dziwne imię, swoją drogą.
Dorcas serce podeszło do gardła, gdy usłyszała imię Patricka. Dziewczyny nie mogły wiedzieć. Nie wiedziały. I to ją bolało. Dorcas westchnęła.
-To jest mój kuzyn, Alicjo… Ehh. Trzeba ustalić z dziewczynami, kiedy zrobimy Noc Wyznań…
***
Alan stał przed Pokojem Wspólnym Gryfonów i czekał na kogoś, kto mogłby pójść po Lily Evans. Dziewczyna poprosiła o rozmowę, ale niestety nie ustalili dokładnej godziny.
Gruba Dama początkowo udawała, że go nie widzi, ale potem zaczęła z nim rozmowę. Nic nie znaczące pytanie, nie wchodzące zbyt bardzo w strefę prywatną, ale również niezbyt płytkie.
- Ravenclaw to jednak dom mądrości. My raczej cenimy odwagę, męstwo i poświęcenie…o ktoś idzie.
Alan popatrzył na swojego wybawcę i westchnął ze zrezygnowaniem. Jakiś pierwszoklasita z czarnymi, przetłuszczonymi włosami. Kojarzył go ze stołu Slytherinu, więc nie mógł być Gryfonem. No chyba, że się mylił.
Jego przypuszczenia potwierdziły się, gdy nastolatek nie wszedł do Pokoju, lecz…również usiadł przed ścianą i bez większego zainteresowania oglądał widok za oknem. Ciekawe, na kogo czeka- pomyślał.
Po piętnastu minutach obraz się odsunął, a zza niego wyszedł chłopak z blond włosami.
Alan wstał i podszedł do niego.
- Cześć, mam prośbę. Mógłbyś pójść po Lily Evans?
Chłopiec uniósł brwi.
- Oczywiście- powiedział lekko zdziwiony i niechętny, ale zawrócił.
Po chwili wrócił z rudowłosą i lekko zdezorientowany wrócił do swoich spraw.
Natomiast Lily przygryzła wargę. Alan i Severus patrzyli na nią wyczekująco. W końcu dziewczyna podjęła decyzję.
- Severusie, poczekaj tutaj chwilkę. Powinnam szybko wrócić.
Snape westchnął z frustracji, ale kiwnął głową.
Rudowłosa złapała Alana za ramię i zaczęła go ciągnąć w stronę najbliższej opuszczonej klasy.
Gdy zamknęła drzwi, poczuła się trochę nieswojo. Alan stał za nią w prowokującej pozie, najprawdopodobniej domyślając się, że rozmowa nie będzie miła.
Lily westchnęła cicho.
- Przestań- poprosiła.
Alan uniósł brwi, udając, że nie wie, o co chodzi dziewczynie.
- Próbuję porozmawiać z człowiekiem, nie napuszoną małpą- chłopak wreszcie stanął normalnie- Widzę, że chyba przez ten czas mogłeś się domyślić, o co chcę cię spytać.

Blondyn przymrużył powieki.
- Raczej nie. O co chodzi?- spytał, udając, że nie wie. Mógł się domyślić, że ta ruda istotna jest na tyle mądra, żeby połączyć ze sobą fakty. Nawet jeśli nawet nie znała tożsamości poszkodowanej.

- Alan, czy to ty zaatakowałeś Amandę?- spytała Lily, pilnie studiując wyraz jego twarzy.
Lecz mimo całego wysiłku, jaki chłopiec włożył w pozostawienie neutralnej twarzy, na jego obliczu wyraźnie widniało zaskoczenie.
- Skąd wiesz, że nazywa się Amanda?- po chwili wiedząc, że mógł się wyłożyć, dodał szybko to, co Lily chciała usłyszeć- To nie ja ją zaatakowałem.
Wszyscy chcą słyszeć kłamstwa, które na pewno są łatwiejsze. A to wyraźnie było kłamstwo.

Lily mimo tego, że spodziewała się winy ze strony Alana, zasmuciła się.
- Nie spodziewałam się tego po tobie…

Blondyn otworzył usta, by zaprzeczać dalej, ale wiedział, że to nie ma sensu, więc je zamknął.

- I co zrobisz z taką informacją?
Lily gwałtownie podniosła głowę, słysząc nową groźną nutę w tonie jego głosu. Alan górujący nad nią wzrostem, z groźnie zaciśniętą szczęką, napawał strachem. Lily przebrała nogami. Gdzieś się ulotniła jej odwaga i poczucie panowania nad sytuacją.

- Nie chcę kłamać- zaczęła lekko drżącym głosem, robiąc mały krok w tył- ale… chyba pójdę z tym do profesora Dumbledora…

Ledwie skończyła zdanie, a Alan szybko doskoczył do niej i mocno złapał za nadgarstki.
- Nigdzie nie pójdziesz, rozumiesz? Nie pozwolę ci!
Lily skuliła się.
Alan nadal trzymał mocno i nie przestawał krzyczeć.
- Nie mogą mnie wyrzucić. Nie teraz, rozumiesz?! NIE TERAZ!
Dziewczyna cicho jęknęła. Alan był naprawdę silny.
Nagle chłopiec urwał, a jego głos stał się lodowaty.
- Po co tu przyszłaś, skoro wiedziałaś, jaka będzie odpowiedź? Po co? Masz tu jakieś pluskwy? Ten chłopak, Severus, poszedł po nauczycieli i stoją pod drzwiami? – Lily pokręciła głową- To po co tu przyszłaś do cholery?
Lily walczyła ze łzami.
- Bo miałam nadzieję, że jesteś człowiekiem, a nie mordercą.
Alan puścił ją, jakby parzyła. Lily drżąc, odeszła od niego jak najdalej i delikatnie przycisnęła nadgarstki do swojej klatki piersiowej.
- Jakim mordercą?!- wrzasnął Alan.
Po policzkach dziewczyny popłynęły długo zwalczane łzy.
- Miała poważne uszkodzenia głowy. Ona nie żyje… To ty ją zabiłeś!

Korzystając z tego, że Alan był w kompletnym szoku, Lily złapała za klamkę, otworzyła drzwi i szybko pobiegła korytarzem, rozmasowując nadgarstki i wpatrując Severusa.

***
Gdy dziewczyny były już przyszykowane do spania, Lily dopiero wróciła do dormitorium.
Dorcas uniosła brwi.
- Chyba nie siedziałaś tyle czasu z Alanem?
Lily drgnęła ledwo zauważalnie.
- Nie, byłam z Severusem.
Dorcas lekko ulżyło. Nie podobało jej się, że jej przyjaciółka zadaje się ze starszym, wręcz nieznajomym chłopakiem.
- A, ze Snape’em. To wszystko w porządku- Ann wyszczerzyła zęby.
- Nie, nie w porządku.
Wszystkie dziewczyny spojrzały na nią zlęknione.
- To jest Severus, nie Snape- powiedziała i poszła do łazienki. Będąc w pomieszczeniu nie mogła zauwazyć, że wszystkie jej przyjaciółki przekręcają oczami ze śmiechem.
Lily odkręciła wodę pod prysznicem i popatrzyła na swoje nadgarstki. Podczas spotkania z Severusem cały czas czuła ból, co w stu procentach zapewniało długo widoczne siniaki. Dziewczyna westchnęła. Czyli raczej długo tego nie zapomni.
Ale i tak uśmiechnęła się lekko. Przynajmniej rozmowa z Severusem poszła gładko. I jest ,,rozejm”.
Przynajmniej on jest w stanie przebaczyć.
Na te wspomnienie Lily mimowolnie pomyślała o tym, jak Alan musi się teraz czuć że świadomością, że zabił człowieka.
Rudowłosa westchnęła. Nazajutrz będzie musiała iść do Dumbledore’a i wyznać mu prawdę.
A jak dowiedziała się, że Amanda nie przeżyła ataku?
Retrospekcja
Lily schodziła po schodach do Pokoju Wspólnego, gdy nagle zobaczyła za oknem wieży mały samolocik z papieru, latający podczas nawałnicy deszczu, lecz jeszcze nie przemoknięty. Wyjęła różdżkę i prostym zaklęciem otworzyła okno.
Samolocik, o dziwo, był suchy. Lily zmarszczyła brwi i otworzyła go.
Lily,
Nie wiem, czy powinnam się cieszyć, czy płakać jeszcze bardziej. Ostatnio do Skrzydła Szpitalnego przybyli uzdrowiciele, żeby zabrać Amandę do szpitala. Nie wiem, kto jej to zrobił, ale wyglądała okropnie. Wiem, że to…wszystko przez nią, ale nikomu nie życzę takiej rany. I wiesz co? Przed chwilą wrócili uzdrowiciele. Powiedzieli pani Pomfrey i dyrektorowi, że Amanda nie żyje.
Emily

Ps. Lily, źle się z tym czuję. Odwiedź mnie. Nie powiedzieli Ci, że się obudziłam?

List wypadł dziewczynie z rąk, a ta osunęła się powoli na schodek.
Dwie, a dokładnie trzy informacje sprawiały, że ciężko jej było oddychać.

Po pierwsze: Emily się obudziła.
Po drugie: Amanda nie żyje…
Po trzecie:… ktoś (starała się wykluczyć Alana, lecz nie mogła) jest mordercą.

Dziewczyna na chwiejących się nogach zeszła do Pokoju Wspólnego. Tam zastała lekko zdziwionego Remusa.
- Lily, jakiś starszy chłopak przy portrecie cię szuka.
Ruda stanęła jak wryta. Nie teraz, za szybko.
- Coś nie tak?- spytał Lupin.
Dziewczyna mruknęła coś w rodzaju ,,nie”, wzięła kilka głębszych wdechów i ruszyła na spotkanie z możliwym mordercą. Gdy przeszła przez dziurę pod portretem Grubej Damy, zaskoczona ujrzała nie tylko Alana, ale i Severusa.
Koniec retrospekcji

31. Problem problemami, przyjacielu

​Remus z mocno bijącym sercem stanął za Syriuszem, który pukał do drzwi. Wszystko działo się szybko. Zbyt szybko.

- Syriuszu- szepnął spanikowany blondyn- Ja nie dam rady. Ja nie…

Umilkł pod wpływem spojrzenia przyjaciela. 

- Czy chcesz, czy nie, kiedyś musi nadejść czas. Im prędzej, tym lepiej, bo zabawa w kotka i myszkę jest męcząca dla wszystkich. Nie tylko dla was.

Remus otwierał usta, ale usłyszeli głośne kroki, więc umilkł.

Po chwili drzwi otworzyły się, a przed 1/2 Huncwotów stanął olbrzymi mężczyna z czarną brodą i zakołtunionymi włosami.
- Witajcie dzieciaki. Co was tu sprowadza?- spytał, kołysząc się na boki, najprawdopodobniej w rytm nuconej przed chwilą melodii.
- Nic takiego. Na herbatkę wpadliśmy- powiedział sarkastycznie Black.
Hagrid popatrzył na zegarek.

- Bo wiecie, cholibka, nie mam teraz czasu na herbatę- powiedział gajowy, albo udając, że nie usłyszał sarkazmu, albo naprawdę go nie słysząc.

- No pewnie. Tak samo my nie mamy teraz czasu- odparł Syriusz bez większego ładu, by przedłużyć rozmowę. Miał  nadzieję, że Remus stojący obok zdążył jakoś zajrzeć do środka i przelustrować wnętrze chatki.
Hagrid zerknął na zegarek.
- Cholibka, a czy wy czasem nie macie teraz zajęć.
- Tak, mamy. Tak samo, jak James- powiedział Lupin cicho, lecz stanowczo.
Rebeus wyraźnie się zmieszał. 

- No…Ten… No cholibka, to eee czemu uciekliście z zajęć? 
Syriusz powoli tracił opanowanie.
- Hagridzie, nie rób z nas głupków i wpuść nas do środka. 
Olbrzymowi zrzedła mina. 
- Nie wiem, czy to jest najlepszy pomysł, cholibka.
- Lepszy taki, niż żaden- stwierdził rzeczowo Remus.
Hagrid zastanawiał się jeszcze przez chwilę, lecz po chwili zrezygnował.
- Ale cholibka…Nie obwiniajcie mnie i nie sądźcie o mnie źle, jak tam wejdziecie. Chłopak wyraźnie miał problemy no i cholibka..no..
Olbrzym przerwał i przepuścił ich w drzwiach.

Spięty Remus wszedł jako pierwszy i stanął jak wryty, a Syriusz zaraz za nim.

Przy ogromnym stole siedział James. Siedział to chyba raczej złe słowo. Leżał z twarzą dociśniętą do blatu, a okulary przekrzywiły się w dziwny sposób. Obok niego leżała jedna opróżniona, a druga do połowy pusta butelka.

- Hagrid… – szepnął Remus.

Syriusz, który by uwierzyć, musiał mieć niezbite i pewne dowody, podszedł powoli do okularnika i wziął ze stołu jedną z butelek. Powąchał i delikatnie odłożył.

- Hagridzie… Wiesz, że to jest niedozwolone, prawda?- Syriusz mówił powoli, ostrożnie dobierając słowa. Natomiast Rebeus był tak roztrzęsiony, że nie był w stanie stać na nogach.

- On sam chciał. Znaczy s-się n-no. Zobaczył no i chciał. A ja żem widział, że coś go cholibka trapi, no tom mu pozwolił. J-ja nie chciałem. Żeśmy razem z Jamesem winni, że on wypił ten alkohol.
Syriusz i Remus poklepali gajowego po ramieniu.

- Wiesz co, Hagridzie? Coś sądzę, że to było jedyne rozwiązanie, które mogło mu pomóc.

****
Syriusz opadł bez sił na łóżko, a Remus zaraz po nim. 

- Nie wiem, czy to był dobry pomysł. Jestem prawie całkowicie pewien, że widziała nas połowa szkoły.

Remus kiwnął głową. Sprawa była naprawdę poważna.  Chłopiec zerknął na Jamesa, który znajdował się na swoim posłaniu w dość nieokreślonej pozycji. Black wstał i delikatnie ściągnął mu okulary, uważając, by ich nie uszkodzić, i odłożył je na półkę. 
- Sądzisz, że mu wybaczysz?- spytał cicho Syriusz.

Remus westchnął głośno i spojrzał na Pottera.

- Nie wiem. I to jest ten cholerny problem, że nie wiem. 
Syriusz uśmiechnął się smutno.

- Problem problemami, przyjacielu- stwierdził- Ale czyny czynami. O wiele ważniejsze.
***
Uczniowie zmierzali na obiad po wyczerpujących lekcjach. 
- Nie spodziewałam się, że ten test będzie taki trudny- marudziła Alicja.

Ann prychnęła.

- Ja w ogóle nie spodziewałam się, że będzie. Nie wiem, dlaczego twierdzicie, że był zapowiadany, skoro ja nic takiego nie słyszałam. Ale skoro McGonagall się upar…Lilka, gdzie idziesz?- spytała zdezorientowana dziewczyna.

- Eee, zaraz wracam- odrzekła dziewczyna wymijająco. 

Rudowłosa zauważyła w tłumie Alana. Musiała z nim porozmawiać. Zdecydowanie musiała i powinna. Jednak pozostało jej się modlić, by jej podejrzenia o pobiciu się nie sprawdziły.

Teraz jednak musiała przebić się przez tłum ludzi, a potem spławić jego kolegów.

Gdy podeszła do nich, z czerwonymi policzkami odezwała się do Alana. 

- Możemy porozmawiać?- spytała. Chłopiec popatrzył na nią zdziwiony, ale po chwili w jego oczach pojawiło się zrozumienie.

- Przepraszam, nie mogę teraz. Przyjdę pod wasz Pokój Wspólny wieczorem i kogoś po ciebie wyślę, okej?

Ruda kiwnęła głową, odszukała w  tłumie swoje przyjaciółki i ruszyła w ich stronę, udając, że nie słyszy głośnego ,,uuuuu” wydobywającego się z gardeł kolegów Lettlina. Nienawidziła starszych od niej osób z Hogwartu. Oczywiście najbardziej tych z napuszonym ego. 

- Już jestem- sapnęła dziewczyna.

Dorcas spojrzała na nią z uniesionymi brwiami. Wszystkie przyjaciółki wiedziały, że w najbliższym czasie trzeba zorganizować noc wyznań, bo spraw zbierało się coraz to więcej, a czasu było zbyt mało, by poważnie porozmawiać.

Lily nałożyła na talerz obiad, starając się nie myśleć, jak sobie teraz radzi Remus i co się z nim w ogóle dzieje. Z racji tego, że nie było wszystkich Huncwotów, najprawdopodobniej mieli jakąś wspólną sprawę. Czy miła, czy jednak nie, ale takowa musiała być.
Ruda westchnęła. Ostatnio martwiła się o zbyt wiele osób. Zdecydowanie o zbyt wiele osób. 

A o Severusie już nawet nie wspominając.
********

Obiecał sobie, że tego nie zrobi. Że nie dopuści do czynu, w którym użyje Czarnej Magii. Ale rozpacz wzięła górę.

Alan kołysał się  do przodu i do tyłu, a po jego policzkach ciekło mnóstwo łez. Z gardła wydobył mu się głośny szloch. Tak bardzo tęsknił. Wstał i na chwiejących się nogach podszedł do lusterka. Popatrzył na siebie z obrzydzeniem.

- Jestem potworem- wrzasnął- Tak, jak ja sprawiłem, że umarła, tak ją przywrócę!

Usłyszał pukanie do drzwi.

- Alan? Wszystko dobrze?

Chłopak warknął wkurzony.

- Tak! Daj mi spokój!

Usłyszał głośne westchnięcie przyjaciela i jego oddalające się kroki.

I nagle zapragnął, żeby on wrócił, poklepał po ramieniu i powiedział, że wszystko będzie dobrze. 

Ale tak nie będzie.
Alan rzucił zaklęcie wyciszające na drzwi i wrzasnął głośno, tłukąc wszystko, co znajdowało się na jego drodze. Miał dość. Chciał ją zobaczyć. Żywą i uśmiechającą się.

Opadł na podłogę bez sił.

- Powrócisz, Lidio, powrócisz tu- wysyczał przez zaciśnięte zęby.- Choćbym miał się przez to stoczyć jeszcze bardziej, odwrócę to, co uczyniłem.

30. Spacer w błocie po kolana

​Szesnastoletni chłopiec usiadł w dormitorium, na swoim łożku. Wpierw szczelnie owinął je kotarami.

-Lumos- szepnął, gdy był już całkowicie pewien, że jego współlokatorzy śpią.

Alan wyjął z kieszeni  zdjęcie Lidii, a obok niego położył fotografię Emily. Były zadziwiająco podobne, choć gdyby się dokładniej przyjrzeć, widoczne były niewielkie różnice. Alan z rozczuleniem, ale jednocześnie i żalem, oglądał je. Tak cholernie tęsknił za siostrą… Owszem, Emilia była zesłaniem od niebios, ale przynosiła na myśl również złe wspomnienia. 

Gdy chłopiec patrzył na zdjęcia, przyszedł mu do głowy pewnien pomysł. Po chwili wstrząsnął głową i wyrzucił myśl. Nie mógł tak ryzykować…

Nie dość, że będzie miał kłopoty za poważne pobicie, to jeszcze miałby dołożyć coś takiego?

- Nie- szepnął.- Nie jestem takim potworem.

I choć tak bardzo tego pragnął, usilnie wyrzucał pomysł z głowy, gdy ten tylko wrócił.
***

-Remus…

Chłopiec podniósł wzrok znad książki, którą czytał. Przed nim stał Syriusz, który nerwowo skubał rąbek rękawa mundurka.

- Tak?

Byli w Pokoju Wspólnym, śniadanie miało się zacząć za pół godziny.

- No bo- Syriusz wyglądał na zmieszanego- Wiem, że raczej nie powinno cię to obchodzić. Raczej na pewno, ale tak się zastanawiałem, choć miałem pewne wątpliwości z zapytaniem, że może jednak mi pomożesz, bo…

Remus zmarszczył brwi.

- Mógłbyś przejść do rzeczy?

Syriusz głośno wypuścił powietrze z płuc.

- James zaginął.

Remus zmarszczył brwi.

- Jak to zaginął?

Black po raz kolejny się zmieszał.

- No.. Nie wrócił na noc do wieży.

- Czy to od razu znaczy, że zaginął?- prychnął Remus-  A tak w ogóle, to co mi do tego?- spytał, choć czuł, że jego serce mówi całkiem inaczej.
Ramiona Syriusza opadły.

- Trudno. Ale… Nieważne. – powiedział i zaczął iść w stronę wyjścia. Nagle Remus zatrzasnął książkę.

- Syriusz, poczekaj! Idę z tobą. Bo jak rozumiem idziemy go szukać, tak?
Szarooki uśmiechnął się smutno.

- Dziękuję- szepnął.
******

- Dzień dobry. Witam was na lekcji transmutacji. Zanim przejdziemy do zajęć, sprawdzę obecność.
Lilka rozglądnęła się po klasie, gdy McGonagall szukała listy i zmarszczyła brwi. ,,No cóż”- stwierdziła.- ,,To raczej nie moja sprawa”. Faktycznie, zauważyła już nieobecność Huncwotów, co ją także zdziwiło. Czy to był przypadek, że zginął cały ich  komplet? Nawet tych pokłóconych?
-Lilyanne Evans?

Ann szturchnęła ją delikatnie.

-Ee..Obecna!
Panna Patil zerknęła na nią rozbawiona.

- Czyżby ta wzorowa Lilka nie uważała na lekcji? Niemożliwe.

Lily odsunęła się od dziewczyny, udając obrażoną, ale w kąciku ust błąkał się jej mały uśmiech.
- James Potter, Syriusz Black, Peter Pettigrew i Remus Lupin nieobecni?- spytała na wszelki wypadek profesorka, gdy odłożyła listę obecności. Klasa porozglądała się po sobie i wzruszyła ramionami.

McGonagall westchnęla głęboko sądząc, że szykuje się coś niedobrego.

- Trudno. Przejdźmy do tematu lekcji…
Dziewczyny niecierpliwie czekały aż zakończy się teoria, gdyż przy ćwiczeniach można było cicho rozmawiać. Gdy myszy zostały już rozdane, uczniowie zaczęli prowadzić rozmowy. McGonagall słysząc cichutki szmer gadania, zmarszczyła brwi i jak zwykle nic nie powiedziała. Swoim Gryfonom mogła akurat pozwolić na malutkie odejście od jej ścisłych reguł. A tak się składało, że we wtorki jej dom miał lekcje transmutacji sam, bez obecności innego.
Lily wysunęła delilatnie koniec języka, oglądając to, co udało jej się transmutować. Cóż… Kielich z ogonem jaszczurki nie zachęcał, ale to i tak było jej największe osiągnięcie. Natomiast Dorcas niedbale opierała się o sąsiednie krzesło i z lekkim rozbawieniem oglądała zmagania rówieśników. Jej kielich stał  już idealnie przetransmutowany na biurku profesorki.

- Jak to możliwe- stwierdziła Alicja-  że ty i Potter potraficie tak dobrze transmutację? Czy ja o czymś nie wiem? No chyba,  jesteście spokrewnieni- powiedziała sarkastycznie.

Dorcas zmieszała się.

- No…W jakimś sensie jesteśmy.
Lily zachłysnęła się powietrzem i upuściła na ziemię jaszczurkę, która syknęła oburzona.

- Jak? Ty i ON? Spokrewnieni? 
Meadowes przekręciła oczyma. Już miała coś powiedzieć, ale Alicja weszła jej w słowo.

- Zapomniałam! Przecież w pewnym sensie ja też jestem spokrewniona z tobą. I z NIM też- Huckson skrzywiła się.

Lily i Ann w końcu zrozumiały. Wszystkie rody czystej krwi są ze sobą spokrewnione.

***

- Ja już nie wiem, gdzie go szukać. Po prostu wyparował.

Syriusz opadł wykończony na podłogę, a Remus popatrzył na niego sceptycznie.

- A o błoniach nie pomyślałeś?
Usta Blacka ułożyły się w kształtne ,,o”. Blondyn bez słowa zaczął iść w kierunku drzwi wyjściowych, a szarooki podążył za nim.
Gdy otworzyli wrota, ujrzeli…błoto. Nic, prócz błota.

Chłopcy skrzywili się.

- Nie ma to jak..eee..brązowa zima.

Remus przemilczał to stwierdzenie i ostrożnie postawił nogę na ziem…w błoto. To był błąd. Zapadł się po kolana.  Black stłumił śmiech.

- Zaraz zobaczymy, czy będziesz się śmiał- warknął blondyn.
Cóż. Po kilkunastu minutach chłopcom zdecydowanie nie było do śmiechu. Ani nawet do chichotu.

Jamesa nigdzie nie było, a w dodatku była możliwość, że któryś z nauczycielów zauważy ich przez okno i będą mieli kłopoty. 

- Remus- sapnął Black.

Blondyn podążył za wzrokiem Syriusza i zobaczył, co go zatrzymało (pomijając oczywiście błoto).

W odległości dziesięciu metrów był zaschnięty ślad stopy, mniej więcej z ich rozmiaru, który wyraźnie wskazywał na wschód. Chłopcy podnieśli wzrok. Ale na wschodnim widnokręgu zauważyli tylko…

-Hagrid!

Remus skrzywił się dziwnie. Miał nadzieję, że będą szukali dłużej.

- A skąd pewność, że to odcisk Jamesa?- spytał.

Syriusz popatrzył na niego poważnie.

- A kto jest na tyle pokręcony, by ,,spacerować” w błocie po kolana?
Remus zaśmiał się cicho. Jednak powoli coś ścisnęło go w gardle. Nie sądził, że konfrontacja nadejdzie tak szybko.

***
Amanda Wilson otworzyła oczy w Skrzydle Szpitalnym. Pomijając pulsujący i nieznośny ból głowy, nic jej nie bolało. Czuła tylko lekkie mrowienie na policzku. Jednak była zbyt zdezorientowana, by próbować robić jakiekolwiek małe dochodzenie w tej sprawie. 

Nie wiedziała w ogóle, jak się tu znalazła. Jedyne, co pamiętała to jaieś skrawki wydarzeń sprzed, jak zakładała, paru dni. Szła korytarzem i … No właśnie. I co dalej?

Dziewczyna chciała zawołać panią Pomfrey, ale głos odmówił jej posłuszeństwa. Zobaczyła, że na szafce obok jej łóżka stoi dzbanek z wodą. Delikatnie podniosła się na łokciach. Czując nadchodzące zawroty głowy natychmiast opadła z powrotem na poduszkę. Dopiero przy czwartej próbie udało się jej usiąść. Jednak gdy sięgnęła po szklankę, zauważyła na szafce karteczkę. Powoli, by nie nabawić się kolejnych bóli głowy, wzięła ją do ręki i przeczytała z lekkim przerażeniem, ale i też zdziwieniem, co było na niej napisane.
Nie wiem, czy pamiętasz, co się stało, ale gdy sobie przypomniesz, nic nie wiesz. Zrozumiałaś? Nie mam zahamowań, więc możesz skończyć tu ponownie. Albo w grobie. Jak wolisz.
A.
Ps. Zniszcz karteczkę
- Panna Willson? 

Amanda szybko odwróciła glowę, szukając źródła głosu. Zauważając panią Pomfrey, schowała karteczkę pod koszulkę.
- Co ja tu robię?- spytała dziewczyna, mając nadzieję, że nie widać po niej, że jest przerażona. Ale wcale nie tym, o co pytała. 
Poppy skrzywiła się.

- Pobito cię- szepnęła. – Niedługo przyjdzie dyrektor, by z tobą porozmawiać… 

- Dobrze.

I to tyle z odpowiedzi Amandy. Tej nadętej, samolubnej Krukonki, która kiedyś potrafiła gadać godzinami.
- Chcesz się przebrać  w coś wygodniejszego?

Nastolatka skinęła głową, a gdy pielęgniarka postawiła zasłonkę wokół jej łóżka, szybko wyciągnęła i rozprostowała karteczkę. Zastanawiając się, jak ma ją zniszczyć, okręciła ją na drugą stronę.
Igitur  evanescunt sine vestigium*
Dziewczyna bezradnie patrzyła, jak kartka rozlatuje się na malutkie kawałeczki.
***

*tłum. z łac.- Zniknij bez śladu

29. Życie kłóci się same ze sobą. 

​Lily westchnęła ze zrezygnowaniem. Właśnie miała lekcję eliksirów, na której  ogółem rzecz biorąc- nic jej się nie udawało. Slughorn zerknął na nią, gdy po raz kolejny cicho zaklęła pod nosem. Kolejny eliksir do niczego. 

Zapewne zastanawiacie się, co rozpraszało jej uwagę? A otóż myśli.  I ból głowy, który powrócił po wyjściu ze szpitala.  Niepokiła ją wieść, która dotarła do nich rano. Na śniadaniu Dumbledore powiedział, że z przykrością stwierdza, że ktoś w nocy doszczętnie  pobił pierwszoklasistkę na czwartym piętrze. Poprosił również, żeby sprawca się do niego zgłosił, bo prędzej czy później i tak odkryją, kto jest winny.

I właśnie o to Lily się martwiła. Przypomniała sobie ten błysk w oczach Alana, gdy wspominała o tym, żeby się nie mścił. Jeśli to on- stwierdziła- lepiej, żeby się przyznał, bo będzie miał duże kłopoty. 
Lily odmierzała właśnie cztery kropelki krwi salamandry.
- Cześć, Lilka- usłyszała cichy szept nad uchem. Ręka wystraszonej dziewczyny wykonała gwałtowny ruch i do kociołka wlało się aż pół fiolki. Eliksir zrobił się fioletowy, a jego barwa – według przepisu- powinna być zielona.
-POTTER!- wrzasnęła wściekła Lily.
James uśmiechnął się arogancko.
- Coś się stało, kochanie?
To było złe pytanie. Zdecydowanie złe pytanie.
Lily złapała osiemset-stronnicowy podręcznik i z każdym kolejnym słowem uderzała nim mocno w chłopaka.
- Ty. Parszywy. Gnojku. Nie. Nazywaj. Mnie. Kochaniem! I tak. Dużo. Się stało.-uderzeń było sporo, ale dziewczynie to nie wystarczyło- Jak. Jeszcze. Raz. Odezwiesz. Się. Do mn…
- Ależ Lily!
Gryfonka poczuła, że książka wyślizguje się z jej rąk i po chwili zauważyła, jak ląduje na biurku profesora Slughorna, który miał mętlik w głowie. Nie chciał karać swojej ulubienicy, ale ze względu na innych uczniów musiał to zrobić. Westchnął głęboko i powiedział:
- Panno Evans, panie Potter, jutro o osiemnastej szlaban u mnie w gabinecie! 
Potter wyglądał na wstrząśniętego. 
- Ale ja za co?! Przecież to ta ruda małpa rzuciła się na mnie. Ja jej nic nie zrobiłem!
Przyjaciółki Lily otworzyły buzię ze zdziwienia. A z racji tego, że Dorcas miała najbardziej wojownicze usposobnienie, nie mogła pozwolić, by ktokolwiek w taki sposób obrażał Lily. Już zrobiła krok w stronę Pottera, chcąc uderzyć go w twarz, ale poczuła na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciła się zdezorientowana. Remus zabrał rękę i pokręcił głową. Dorcas prychnęła pod nosem. Nic nie mogło zabrać jej ochoty, by przywalić temu gnojkowi. No cóż. Coś chyba jednak mogło…
Wszyscy uczniowie patrzyli jak w transie, gdy Lily podeszła do Pottera, zamachnęła się mocno i wymierzyła mu siarczysty policzek. Zdezorientowany James popatrzył na Rudą, a następnie przeniósł wzrok na Slughorna, który oglądał tą scenę z zaciśniętymi ustami.
****
Do końca lekcji nie zdarzyło się już nic ciekawego, ale wieczorem podczas kolacji nadal huczało o incydencie z lekcji eliksirów. 

Remusowi było szkoda Lily. Wiedział jak bardzo nienawidzi, gdy się cokolwiek o niej mówi. Za każdym razem, gdy słyszała jakąś plotkę, albo przechodziła obok kogoś i słyszała swoje -albo Pottera-imię, spuszczała głowę w dół, czerwieniła się i jak najszybciej wymijała ludzi. No cóż. Z nachalnym Potterem nie będzie miała spokojnego życia. Z Potterem… Mina Remusa zrzedła na myśl o Jamesie. Sam nie wiedział, czemu rano powstrzymał Dorcas. Z chęcią by się do niej dołączył, ale coś mu nie pozwoliło. Miał wrażenie, że to miało coś wspólnego z jego wilczą dumą.

Chłopiec patrząc beznamiętnie w trzaskający ogień w kominku, zastanawiał się, czy uda mu się przekonać Lily, by mógł spać w Pokoju Wspólnym. 
******
Lily weszła do łazienki i głośno trzasnęła drzwiami. Współlokatorki popatrzyły się na siebie, ale przemilczały sprawę.  

Rudowłosa odkręciła wodę i ściągnęła ubrania. Gorąca kąpiel zawsze pomagała jej się odprężyć i skupić jednocześnie. 

Leżąc, zanurzona po szyję, zaczęła rozmyślać o wydarzeniach minionego dnia…

Złapały ją lekkie wyrzuty sumienia… Nie! Na Merlina! Nie dlatego, że uderzyła Pottera (na to swoją drogą zasługiwał). Po drodze minęła Remusa. Widziała, że czuł się troszkę zażenowany, pytając ją o pozwolenie, ale chyba zdawał sobie sprawę, że Lily byłaby w stanie zrobić mu awanturę w środku nocy dlatego, że nie spałby u niej w dormitorium. Ale widząc, że Lupionowi zależy na tym, by przenocować w Pokoju Wspólnym i również dlatego,  że była wykończona i miała zły humor, powiedziała, że to jego decyzja.

Myślami wróciła do Pottera. Nienawidziła go. Nienawidziła go całym sercem.  Był totalnym dupkiem, który krzywdził przyjaciół i myślał tylko o sobie. 

Dziewczyna popatrzyła beznamiętnie na swoje ręce. Uderzyła go już drugi raz. Trudno. Co się stało, to się nie odstanie. Jednak wzdrygnęła się na myśl, że mógłby jej oddać. Zabolałoby. Bardzo by zabolało. Pewnie nawet nie miałaby siły podnieść się  z podłogi, na którą by upadła. Ale czy James Potter miał aż tyle tupetu, by uderzyć dziewczynę? Życie kłóci się same ze sobą, więc trudno stwierdzić, co przyszłość przyniesie.
***

Przeraźliwie wysoki i chudy mężczyna popatrzył pogardliwie na posłańca. Jego blada twarz kontrastowała z ciemnym pomieszczeniem ledwie oświetlanym przez pojedyncze pochodnie.

- Ty śmiesz sądzić, co będzie dla mnie dobre, a co złe?

Posłaniec klęknął przed Panem i zatrząsł się se strachu.

- Ależ nie, Pppanie. Ja ppo prostu stwierdziłem, że mmoże jednak…

- Milcz!

Pan wykonał krótki ruch ręką. Przez chwilę posłańcowi wydawało się, że zostanie ułaskawiony. Złudna nadzieja. W jego stronę zaczęło się wić dziwne stworzenie. Było ogromne, o wiele większe, niż powinno być. Uniosło łebek i popatrzyło pytająco na Pana.

-Wykończ- syknął.

Słuchając przyjemnych dla jego ucha wrzasków umierającego w agonii człowieka, rozmyślał nad nowymi informacjami. A mianowicie nad tym, że w Hogwarcie są gotowi na wyrażanie jego poglądów. Przygotowani, by dołączyć do Niego, stworzyć mocną armię i pokonać- pozornie- niepokonanego Albusa Persivala Dumbledore’a.
Wąż skończył swoje zadanie.

- Dobra robota, Nagini. Możesz odejść.

Gdy zwierzę wypełzło z pomieszczenia, Pan zerknął na ciało posłańca. Miał wyrzuty sumienia? Nie. Nie lękał się martwych. 
Lecz lękał się śmierci.