42. Wakacje cz.I

Kochani Huncwoci!
Piszę do Was regularnie, tak jak chcieliście. Pozwólcie bynajmniej, żebym pisał jeden wspólny list i dzielił na kopie. Zbyt bardzo ogarnął mnie czar przepięknych wakacji, bym miał ochotę pisać trzy długie listy.
U mnie…w porządku. James, co do wyjazdu, chyba niepotrzebnie wspominałem o tym matce. Kategoryczne NIE przekonało mnie, że już nigdzie nie wyjdę przez ten kolejny miesiąc. Poprzedni był…normalny. Regulus udaje, że mnie nie zna, a Stworek uprzykrza pobyt. Czego chcieć więcej? 
Napiszę za parę dni
Wasz Syriusz 

Syriusz wysłał trzy listy i westchnął głęboko. Słowo normalnie użyte w tekście oznaczało: nic nowego. Czyli źle.
Nie chciał martwić przyjaciół. Zasługiwali na dobre wakacje. On najwyraźniej nie. Wiedział, że kiedy to się wyda, zawiedzie zaufanie przyjaciół. Ale on chciał przecież najlepiej.
Jedno się zgadzało. Regulus udawał, że go nie zna (warto zauważyć, że mieszkali w jednym domu, co sprawiało, że ignorowanie stawało się bardziej widoczne), a Stworek popierał swoją panią.
- Bo- mruknął Syriusz- Czyż nie jestem zwykłą kanalią?
***
Petunia Evans zaciekle unikała siostry. Przez pół wakacji, ale przecież wiedziała, że moment konfrontacji nadejdzie, a ona teoretycznie będzie górą, lecz praktycznie będzie złamana. Kochała siostrę, lecz co mogła poradzić, że, ugh, że zazdrościła swojej siostrze. Musiała to przyznać przed samą sobą. Brunetka siedziała w ogrodzie i wsłuchiwała się w wakacyjne odgłosy.
- Petunia! Gdzie jesteś?
Już się zaczyna- pomyślała brunetka.
Rudowłosa wkrótce ją znalazła. Już otwierała usta, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi, po którym nastąpiła cisza. Dziewczyny słyszały, że ich mama otwiera drzwi. Po chwili Lily usłyszała niezwykle ciekawe zawołanie.
- Lily, Dorcas przyjechała!
Ruda zmarszczyła brwi. To była raczej niezapowiedziana wizyta, lecz co z tego. Lily rzuciła ostatnie spojrzenie siostrze i pobiegła do przyjaciółki.

41. A gdyby tak…

- Ja nie chcę- powiedział Syriusz.
Huncwoci stali na peronie 9 i ¾, a wokół nich tłoczyli się uczniowie.
- A gdyby tak…pojechałbyś do mnie? Moi rodzice się zgodzą.
- Chciałbym, naprawdę, chciałbym, uwierzcie. Ale nie mogę. Muszę się kiedyś z nią spotkać, nie sądzicie?
Huncwoci nie odpowiedzieli. Nie było na to odpowiednich słów.
- Obiecaj, że będziesz pisał. Regularnie. Albo częściej niż regularnie. Nie mniej niż cztery razy w tygodniu. Cokolwiek się stanie, nie zrywaj kontaktu, dobrze?
Syriusz westchnął.
- Postaram się.
Chłopcy pożegnali się i rzucając ostatnie spojrzenie szarookiemu ruszyli w swoją stronę: James ku ciepłemu i wspaniałemu domu Potterów, Remus ku norze samotności Lupinów, Peter ku słodkościom Pettegrew’ów, a Syriusz ku otwartym bramom piekła.

W tym samym czasie Lily żegnała się z przyjaciółkami. Między Dorcas, Alicją, Ann i panną Evans zapanowała zgoda i zrozumienie.
- Będziecie pisać, prawda? Regularnie. Albo częściej niż regularnie- powiedziała Ruda, nieświadomie używając tych samych słów, co Potter. – Pewnie- odpowiedziały dziewczyny.
- A ja- dodała Dorcas- Postaram się, żebyście mogły do mnie przyjechać.
Dziewczyny przytuliły się ostatni raz i każda ruszyła w swoją stronę.

***
- Ty kanalio! Co sobie myślałeś?!
Syriusz skulił się. Jego matka stała nad nim z uniesioną ręką. Chłopak mógł pokazać, że nie jest uległy, że być może jest silniejszy, ale… Nie potrafił. Był zdany na łaskę i niełaskę kobiety, którą musiał nazywać matką.
Ciosł padł, a chłopiec zachwiał się. Nie dając popłynąć łzom, podniósł głowę i spojrzał rodzicielce w oczy, lecz nie dane było mu się odezwać. Ostrze noża rozcięło mu policzek. Odskoczył z sykiem. Nienawidził jej. Nienawidził całym sercem. Kolejny cios sprawił, że dławiąc się, upadł na podłogę i nie był w stanie się podnieść.
- Idź stąd. Nie chcę na ciebie patrzeć- syknęła Walburgia i ocierając nóż, wyszła z pokoju.
Dopiero wtedy Syriusz pozwolił, by łzy zalały mu twarz.

40. Niepokojąca opowieść przyjaciela

Następnego dnia rano Remus, jak zwykle, wstał jako pierwszy.
- Może dlatego, że w ogóle nie spałem- mruknął blondyn, słaniając się ze zmęczenia. Był wykończony. Czwarta nieprzespana noc z rzędu. Nawet eliksiry nie pomagały.
Remus, jakby działał w trasie, ubrał się, umył i przygotował do zajęć. Bez zbędnych czynności.
Lecz gdy wychodził z dormitorium popatrzył na Syriusza. Zacisnął usta. Nie mógł nic zrobić z niedawno nabytymi wiadomościami. Musiał milczeć, dusząc wszystko w sobie, dopóki sam Black nie powie tego, że…
Remus ze świstem wciągnął powietrze, bo przed oczyma pojawił mu się obraz TEGO na ciele Syriusza. Mocno zacisnął oczy, odetchnął parę razy i poszedł na śniadanie jako pierwszy, nie tyle Huncwot, co pierwszy uczeń szkoły. Nawet nauczycieli tam nie było. Lupin zastanawiał się, czy skrzaty domowe w ogóle śpią. Najwyraźniej nie, stwierdził, patrząc na stół zastawiony śniadaniem. Śniadaniem, którego najprawdopodobniej nie da rady przełknąć…
Godzinę później do Wielkiej Sali zaczęły przychodzić pojedyncze osoby, rzucając na Lupina zdziwione spojrzenia, aż wkrótce pomieszczenie zapełnione było uczniami.
***

James popatrzył na przyjaciela znad krawędzi swojej książki ze zmarszczonymi brwiami, a po chwili głośno zatrzasnął podręcznik.
- Mam tego dosyć, Remus idziesz z nami.

Remus próbował się opierać Jamesowi, który wręcz siłą ciągnął go w jakieś odosobnione miejsce, ale co mógł poradzić, skoro Potter był silniejszy fizycznie.

Po chwili siedzieli w dormitorium. Wraz z Peterem i… Syriuszem.

- A teraz- powiedział okularnik- Czekamy na wyjaśnienia.
Przez chwilę panowała zupełna, niczym niezmącona cisza.

- Może Syriusz zacznie?- spytał Remus błagalnym tonem. Chciał z siebie wyrzucić to wszystko, ale nie mógł. Syriusz musiał opowiedzieć wszystko pierwszy.

Spojrzenia skierowały się na Blacka, który zamknął oczy. Przez chwilę wyglądał, jakby się modlił, ale, ku zdumieniu wszystkich, Syriusz otarł łzę wówczas spływającą po jego policzku. Lecz Huncwot nic nie mógł zrobić z drżeniem głosu. Tak, Syriusz Black się bał.

-To…zaczęło się dawno, odkąd tylko pamiętam… Ja… Remus tamtego dnia zauważył niezagojone  rany na moich plecach. Ja…
Głos Syriusza  załamał się, a po jego policzkach popłynęły łzy.
- Pokaż- poprosił James z bólem- Proszę.
Syriusz powoli ściągnął koszulkę, a Huncwoci głośno wciągnęli powietrze.
- Miały być tylko plecy – wyjąkał James.
- Kto ci to zrobił?
Syriusz milczał.
- Syriuszu…
- Moja matka.
Zapadło pełne niedowierzania milczenie. Syriusz patrzył się tępo w przestrzeń, a James ukrył twarz w dłoniach. Nawet Peter był przerażony.
- Za co?- odezwał się cicho Remus.
- Za to, że jestem inny – szepnął Syriusz po chwili- Od czasu wyboru do Gryffindoru nie byłem jeszcze w- jego głos zadrżał- domu. Nie chcę wakacji. Tu jest mój dom.
James wstał i przytulił Syriusza , który zadrżał lekko, ale oddał uścisk. Remus przetworzył to, co usłyszał i poczuł, że ciężar w jego sercu w końcu spada. Nie on jedyny widział, nie on jedyny się domyślał.
- Remus.
Chłopak wyrwał się z zamyślenia, z przerażeniem zauważając, że wszyscy na niego patrzą.
Wzrok przyjaciół prześwietlał likantropa przez każdy nerw, każdą komórkę ciała.
- Nie mogłem wyrzucić tego z pamięci, a nie chciałem tego mówić, choć tak naprawdę raczej nie mogłem. Tak, jak ja przed wami ukrywałem mój…problem..tak Syriusz może chciał to zataić przed…nami.
Syriusz zacisnął usta w wąską kreskę.
Zapowiadała się długa noc…

39. Psikus i koszmar cz.IV

A otóż był nim Syriusz.

~******~******~

-Zauważyliście, że z Remusem coś się dzieje? Jest jakiś inny…- powiedział James, marszcząc brwi.
Chłopcy rozmawiali w Pokoju Wspólnym, chwilę po tym, jak Lupin poszedł do swojego dormitorium.
Peter odpowiedział pierwszy.
- Strasznie schudł.
Syriusz zacisnął usta.
- Czy tobie, Peter, umknie cokolwiek, co jest związane z jedzeniem i wagą?
- Nie czas na żarty- warknął James- Chcę jakoś odpłacić się Remusowi za to, ile bólu mu sprawiłem. Żałuję, a nie mogę już patrzeć, jak jest z nim coraz gorzej. Tylko…Tylko właśnie. Co jest powodem jego…apatii?
- Może powinniśmy go zapytać?- zaproponował Syriusz, lecz po chwili jego usta zmieniły się w cienką kreskę. Po co w ogóle to proponuję? A co…Co jeśli on powie? Jeśli to się wyda?

Syriusz dobrze wiedział, że chwilę po tamtym zdarzeniu Remus patrzył mu prosto w oczy. Skąd wiedział, że sprawa nie wyjdzie na jaw? Że jego przyjaciel będzie milczał, zatajając to przed resztą grona? Po prostu to wiedział. Wywnioskował to po twarzy Lupina.

Ale gdybym wiedział, jak to na niego wpłynie, od razu pobiegłbym do Jamesa i Petera, i ja, dumny Syriusz Black, ze łzami w oczach, czy bez nich, powiedziałbym wszystko.

Nie powiedziałbyś- odezwał się cichy głosik w mojej głowie.

Powiedziałbym wszystko, co do joty. Nic bym nie zataił. Ktoś musi przecież dowiedzieć się, co się dzieje.

Nie wierzysz chyba, że ci ulży, jak komuś o tym powiesz.

Wierzę. To musi ujrzeć światło dzienne.

Tak? To im powiedz. W tej chwili. Teraz.

Syriusz, wszystko w porządku?- powiedział James po tym, jak Syriusz rozmyślał nad czymś przez dłuższy czas.
Black wziął głęboki wdech.
- Myślę, że nie powinniśmy robić żadnego kawału.

Kłamca.

 

38. Psikus i koszmar cz.III

Remus patrzył, jak jego przyjaciele studiują mapę Hogwartu, dokładnie zapamiętając rozkład pomieszczeń. Blondyn westchnął cicho. Dlaczego pozwalał sobie na tak nieodpowiedzialne czyny, jakimi było planowanie kawału, żartu, czy psikusu, jak kto woli. Lupin uśmiechnął się na wspomnienie rozmowy, w której Peter nie zrozumiał ani słowa.
- Co z tobą, Remusie?
Remus spojrzał na Syriusza, który zadał pytanie i przetarł oczy.
- Nic, po prostu jestem zmęczony.
Było już grubo po północy.
- Idź spać- powiedział rzeczowo i sensownie Peter.
Remus wzruszył ramionami, podniósł się i rzucając ostatnie spojrzenie na cichy Pokój Wspólny, poszedł do dormitorium. Zamknął drzwi do łazienki i popatrzył w lustro. Ściągnął koszulkę i popatrzył na swoje wystające żebra. Zastanawiał się, czy jego przyjaciele zauważyli, jak szybko chudnie. I nie chodziło tu o samą pełnię. Do niej było jeszcze trochę czasu. Ciągły stres, ból i niepewność sprawiały, że noce Remusa stawały się bezsenne. Nieważne, ile leżał, wpatrując się w kotary swojego łóżka, sen nie nadchodził. Problemy z jedzeniem również ujawniały się stopniowo. Remus z rozpaczą przeczesał swoje włosy. Ile czasu minęło, od kiedy najadł się do syta? Dużo, stwierdził z żalem. Na widok jedzenia ogarniały go mdłości. Czy jednak reszta Huncwotów zauważyła niepokojące zmiany? Tego Remus nie wiedział, ale rozumiał, że w końcu trzeba będzie powiedzieć o tym przyjaciołom.
Parę chwil później Lupin leżał na łóżku, szczelnie owinięty kotarami. Patrzył w górę, leżąc na wznak i rozmyślał, świadom mijającego czasu.
Co było przyczyną apatii chłopca, co było źródłem jego niszczącego niepokoju?
A otóż…

 

37. Psikus i koszmar cz.Ii

Alan siedział w swojej celi. Kołysał się na pryczy. W przód, w tył, przód, tył, przód…
- Alanie…- usłyszał jedwabisty głos.
Zadrżał i zaskomlał jak pies.
- Odejdź- warknął i podniósł głowę. Przed nim stała, a raczej wisiała w powietrzu, zjawa. A dokładnie duch jego siostry.
- Nie odejdę- powiedziała, a ton jej głosu z neutralnego przeszedł w lodowaty- Wykonując swój czarnomagiczny rytuał, widziałeś ostrzeżenie. Po pierwsze: nie odejdę, po drugie: znajdzie się ofiara śmiertelna. Kto by pomyślał, że będzie to Amanda. Niewinna dziewczyna. A może winna? Przecież krzywdziła Emilię. A będąc już przy niej, całkiem podobna do mnie, nieprawdaż?- jej głos ociekał drwiną.
- Lidio, nie poznaję cię… Wtedy, przed śmiercią, byłaś…inna.
- Wtedy byłam człowiekiem. Teraz jestem zjawą. Sam o to zadałeś, zakłócając mój wieczny spokój.
Alan popatrzył na swoją siostrę. Biła od niej bladozielona poświata. Była wręcz…przezroczysta. Ale przynajmniej- wyglądała jak ta sprzed pożaru, choć rysy twarzy stały się bardziej… wyostrzone. Skrzywione żalem, cierpieniem i nienawiścią. Starał się odrzucić od siebie zapach palonego ciała, krzyki Lidii, ale nie mógł. Coś ciągle kazało im wracać.
- Co ty mi robisz? Przestań!
Alan widział spalonych rodziców, przyjaciół, znajimych. Krzyki wszystkich zlewały się w jedno.
Po chwili koszmar ustał. Alan ciężko dyszał, a po jego policzach ciekły obfite łzy.
- Czy ktokolwiek oprócz ciebie mnie widzi?- spytał, spazmatycznie łapiąc oddech.
Lecz Lidia nie odpowiedziala. Patrzyła na niego, bezlitośnie przetrącając jego myśli, okręciła się w powietrzu i odleciała, przenikając przez ścianę izolatki.

 

36. Psikus i koszmar cz.I

-Dlaczego to zrobiłeś?
Alan poczuł silne uderzenie w twarz. Po wielu sposobach Ministerstwo Magii posunęło się do drobnej przemocy. Niemagicznej.
Ale jedno Alan Lettlin mógł przyznać- bolało jak cholera.
Chłopiec milczał jak zaklęty.
- Jak wolisz. Niedługo proces sądowy, na którym nic przecież nie powiesz, a następnie pobyt w Azkabanie i towarzystwo dementorów- syknął obcy mu mężczyzna.
Alan zadrżał.
- Nic nie powiesz?
Chłopak wpuścił głowę. Niespodziewanie usłyszał, dla odmienności, kobiecy głos.
- Jesteś młody, całe życie przed tobą. Nie chcesz chyba trafić do Azkabanu za milczenie?
Alan zaśmiał się gardłowo. Bynajmniej nie był to wesoły śmiech.
- Bo uwierzę, że wypuścicie mnie wolno. Przecież ją zabiłem!- głos chłopaka załamał się niebezpiecznie.
Kobieta popatrzyła na wielkiego siniaka na twarzy chłopca.
- Oni ci to zrobili?
Tak naprawdę to nie potrzebowała potwierdzenia. Ale każde słowo mogło złamać nastolatka. Choćby to najmniej niespodziewane.
Popatrzyła na współpracowników, westchnęła i jednym zaklęciem usunęła siniec.
- Nie życzę sobie tu przemocy.
Potem zwróciła się do winnego.
- Alanie, niestety musiałam opuścić Ministerstwo Magii i przydzielono do ciebie moich podwładnych.
Gestem ręki odprawiła mężczyzn.
- Wrócisz do swojej..-tu się zawahała- izolatki, a ja jutro przyjdę i bez świadków z tobą porozmawiam. Zgadzasz się?
Alan uporczywie wpatrywał się w przeciwległą ścianę, udając, że nie słyszy głosu kobiety, która westchnęła i wyszła z pomieszczenia.
Lecz nie mogła zobaczyć, jak Alan zaciska oczy, a z nich wypływają łzy.
***

Od pogodzenia Huncwotów minęło trzy tygodnie. Remus wybaczył Jamesowi, choć zapewnie minie jeszcze trochę czasu, nim zaufa mu całkowicie.
Syriusz bawił się swoimi włosami.
- Wiecie co?
James wzruszył ramionami.
- Co tak ciekawego mamy wiedzieć?
- Nudzi mi się.
Remus przekręcił oczyma, omiatając wzrokiem sufit wieży Gryffindoru.
- Aha. Interesujące.
James natomiast zrozumiał ukryty podtekst Blacka.
-Jak, gdzie i kiedy?
Remus i Peter zwrócili swój wzrok na dwójkę pozostałych przyjaciół.
- Jak? Jeszcze nie wiem. Gdzie? Na pewno w szkole. Kiedy? Najlepiej jutro- powiedział uśmiechnięty James.
Remus wreszcie zrozumiał.
- Chcecie kolejny szlaban?- spytał z dezabropabatą.
- Zauważ, Remusie, że chyba nadal nie mają wolnych terminów.
Peter myślał, myślał i myślał, ale nie mógł się domyśleć, o czym mówią jego przyjaciele.
Syriusz kontynuował rozmyślania Pottera.
- Wiemy kiedy, wiemy gdzie. Ale nie wiemy co.
Remus pomyślał chwilę. Co mogliby zrobić? Coś wystrzałowego i ciekawego, ale na pewno nie wykraczającego poza granice rozsądku. I wtedy wpadł na genialny pomysł.
- Wiem!- wykrzyknął, lecz nie był w stanie dokończyć, bo przerwał mu Peter.
- Można wiedzieć, o czym wy mówicie?!
Syriusz uśmiechnął się z pobłażaniem.
- A otóż, Peter, omawiamy żart, kawał, dowcip czy psikus. Co wolisz, wybór należy do ciebie.

 

35. Nadszedł czas

- Severus!
Chłopak drgnął zaskoczony na dźwięk swojego głosu. Po chwili ktoś, dosłownie, rzucił się na niego. Gdyby nie dostrzegł burzy rudych włosów, najprawdopodobniej próbowałby znokautować przeciwnika.
- Lily! Co się stało?
Czuł, że jego przyjaciółka wie coś o tej dziwnej sprawie. Zresztą- w gabinecie dyrektora nie przesiaduje się bez powodu.

Ruda wyraźnie była zmartwiona.
- Lepiej ty powiedz, co się stało. Nic ci nie zrobił?
Severus pokręcił głową, jednocześnie czując, że zalewa go fala zmęczenia. Dopiero teraz, gdy niebezpieczeństwo minęło, poczuł ból w żebrach. Najprawdopodobniej podczas upadku musiało kilka pęknąć.
- Lily- powiedział stanowczo Dumbledore- Severus powinien teraz udać się do Skrzydła Szpitalnego. Poppy musi go opatrzyć.
Severus, mimo tego, że lubił Lily, po raz pierwszy poczuł do dyrektora niewysłowioną wdzięczność.
Po chwili pani Pomfrey faszerowała go różnymi eliksirami, a on sam myślał nad tą dziwną sprawą.
***
Dwójka chłopaków siedziała w dormitorium. Starali się na siebie nie patrzeć. James nerwowo skubał koszulę, a Remus siedział całkowicie nieruchomo. Wyglądał na opanowanego, lecz w środku cały czas zwalczał chęć natychmiastowej ucieczki. Miał ochotę wrzeszczeć. Chciał wyrazić, co czuje, co się w nim kłębi i próbuje znaleźć ujście. Lecz gdy już miał zamiar wstać, James w końcu się odezwał. Po prostu wspaniałe wyczucie czasu.
-Remus…Ja…
- Oczywiście! Znowu TY, ty, ty i tylko ty! Wiesz, że inni też istnieją?
James skulił się, a Remus stopniowo uspokajał.
- Remus, ja.. wiem, że ty masz uczucia. Ale ja też je mam.
Lupin siedział w milczeniu. W ciszy, którą z każdą chwilą przedłużała się coraz bardziej.
- Wiem, że zachowałem się jak totalny głupek. Nie powinienem tak reagować. Ja…wstydzę się siebie. Jesteś człowiekiem, a ja zareagowałem, jakbyś był potworem, który w każdej możliwej chwili ma się na mnie rzucić z kłami.
- Ja jestem potworem- powiedział beznamiętnie Remus.
- Nie, nie mów tak Remusie, proszę- po policzkach Jamesa popłynęły łzy. – Wiem, że ciebie to boli, ale ja nie chciałbym, żeby bolało mnie. A gdybyś coś sobie zrobił, to ja musiałbym z tym żyć. Ze świadomością, że zabiłem swojego przyjaciela.
Użył- pomyślał Remus- użył tego słowa.
- James, ja…
- Remisie, ja nie chciałem- po policzkach Jamesa ciekły obfite łzy- Po prostu zdenerwowało mnie to, że nic nam nie powiedziałeś.
- A dziwisz się?- spytał Remus, ale trochę łagodniejszym tonem, niż wcześniej.
James spuścił głowę. Kilka łez kapnęło na pościel, zostawiając na niej mokre ślady.
- Nie, nie dziwię się. Remus, proszę, wybacz mi to, że tak zareagowałem, że cię uderzyłem. Wybacz, że cię zraniłem.
Teraz oboje płakali.
Syriusz, który plecami opierał się o drzwi dormitorium nerwowo czekał na jakąkolwiek odpowiedź. Siedział tam na wypadek, gdyby coś wymknęło się spod kontroli. Nie chciał podsłuchiwać. Czas milczenia przedłużał się z każdą chwilą.
Jednak Syriusz nie mógł zobaczyć, że Remus kiwa głową i obejmuje przyjaciela, po czym podchodzi do drzwi.

34. Po panice zawsze następuje bezsilność

​ Severus stwierdził, że dłużej nie wytrzyma w swoim dormitorium i wyszedł na spacer. Z nosem w książce, oczywiście. Gdy szedł korytarzem, poczuł na ramieniu mocny uścisk. Zaskoczony obejrzał się do tyłu. Zdziwiony zauważył wyższego i starszego chłopaka, z którym Lily ostatnio rozmawiała. 
-Mogę w czymś pomóc?- spytał.
- Owszem- warknął niemiło Alan.
Nim Snape zdążył powiedzieć coś jeszcze, poczuł, że nogi odrywają mu się od podłogi, a on sam leci przez całą dlugość korytarza, najpewniej by z całym impetem uderzyć o twardą, kamienną ścianę. 
***
Teraz Lily nic nie mogło uspokoić. Dumbledore na marne strzępił sobie język, a dziewczyna dopiero po długim czasie kopania w drzwi przypomniała sobie o różdżce schowanej w kieszeni. Wyciągnęła ją szybko i powiedziała pierwsze zaklęcie, jakie wpadało jej do głowy.
- Bombarda maxima!
Zaklęcie uderzyło w drzwi i po prostu…zniknęło bez wyrządzenia jakiejkolwiek krzywdy. Dumbledore westchnął cicho. Nie mógł jej teraz wypuścić. 
-Lily, posłuchaj mnie…
Lecz dziewczyna nie zamierzała nikogo słuchać.
- Nie pozwolę mu skrzywdzić Severusa! Nie przeze mnie!
Dumbledore ze smutkiem pokręcił głową, gdy Lily zaczęła niszczyć wszystkie przedmioty, które wpadły jej pod rękę. 
- Lily- powiedział w końcu- nie chcę cię obezwładniać, ale stwarzasz zagrożenie dla samej siebie. Nie pozostawiasz mi wyboru. 
Podszedł do dziewczyny, która stanęła jak wmurowana na słowa dyrektora, i jednym zaklęciem wyleczył jej ranę spowodowaną rozcięciem. Lily beznamiętnie patrzyła, jak odłamki szkła znikają z rozcięcia, a z rany nie pozostaje nic. I choć wydawało się, że Dumbledore lekko złapał ją za nadgarstek, dziewczyna z przerażeniem zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie  ich wyszarpać. 
Wtedy Dumbledore zauważył siniaki. Położył nadgarstek dziewczyny na swojej dłoni i spytał:
- Skąd to się wzięło?
Lily zastanawiała się poważnie, czy zaszkodzić Alanowi jeszcze bardziej. Potem pomyślała o tym, co ten morderca może teraz robić jej przyjacielowi, zacisnęła mocno oczy i powiedziała bardzo:
- Alan.
Dumbledore westchnął cicho i Lily po raz pierwszy zobaczyła w nim zmęczonego człowieka. Wypowiedział kilka słów, a fioletowe siniaki zaczęły znikać.
- Teraz tylko ich nie widać. Za parę dni przestaną boleć.
Z Lily uszedł cały gniew i panika. Teraz czuła tylko…obojętność. Z głębokim westchnięciem opadła na krzesło przy biurku i zakryła twarz dłońmi.  Dyrektor bezszelestnie okrążył dziewczynę i zasiadł we własnym fotelu.

- Nie martw się Lily. Alan poniesie konsekwencje za swoje czyny. 

Lily popatrzyła na niego z rozpaczą.

- Ale przeszłości nie da się zmienić.

Dumbledore wyglądał, jakby miał coś powiedzieć, ale ostatecznie przemilczał sprawę.
***

Przeciągnął się mocno, lecz po chwili jęknął głośno, czując mocny ból w głowie. Chwila, co się stało, myślał chłopiec. Nie mógł sobie nic przypomnieć, choć wysilał się, jak tylko mógł. Zrezygnował, gdy poczuł mocne mdłości. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie doświadczył. 

Rozczochraniec pobiegł do łazienki i opróżnił marną zawartość swojego żołądka. Z ulgą oparł się o wannę.

- James?

Potter z cichym jękiem okręcił się w stronę źródła głosu. Z pewnym zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że nie ma okularów. Nie mógł bez nich rozpoznać rozmówcy. Lecz poczuł, jak ktoś wciska mu oprawki w dłoń. Ubrał je powoli i spojrzał na osobę.

- Syriusz? 

Szarooki miał na sobie szatę szkolną i właśnie rzucał torbę z książkami na łóżko. 

- Co mi jest?- spytał słabo James.

Syriusz uśmiechnął się trochę z przymusem.

- Kac- powiedział.  James zaniemówił.  Otwierał i zamykał  buzię jak ryba wyjęta z wody.

- Ale przecież ja nic nie piłem…

I wtedy z całą mocą dotarły do niego wydarzenia z chatki Hagrida.

Chciał coś powiedzieć Blackowi, lecz ten nie miał zaszczytu tego wysłuchać, gdyż okularnik znów zaczął wymiotować. Syriusz, by tego nie oglądać, wyszedł z łazienki i wrócił dopiero wtedy, gdy odgłosy wydawane przez Huncwota ustały.

James po raz kolejny głęboko odetchnął i po chwili spytał nieśmiało Syriusza:

- A co z…Remusem.

Szarooki skrzywił się lekko. Wiedział, że Lupin siedzi w Pokoju Wspólnym i smętnie wpatruje się w okno.

- Nie czas na to. Obudziłeś się w samą porę.

James uniósł brwi w niemym pytaniu.

- Musisz odstawić niezły teatrzyk. Powiedzieliśmy McGonagall, że źle się czujesz, wiesz, wymiotujesz, jęczysz, majaczysz, i tak dalej. Pewnie zaraz tu przyjdzie i sprawdzi, więc bądź gotowy.

James zaniemówił. Lecz wiedział, że nie czas teraz na podziękowania i pytania, więc powoli położył się do łóżka i zrobił najbardziej zbolałą minę, na jaką było to stać. Tak naprawdę to nie musiał nawet udawać ani za bardzo się starać. 
Peter wpadł do pomieszczenia jak burza.

- Jest w Pokoju Wspólnym!- krzyknął. James jęknął, lecz nie wiadomo, czy z powodu McGonagll, czy bólu głowy spowodowanym wrzaskiem.
Lecz po chwili wpadł Remus i powiedział szybko:

- Nie idzie tutaj. Wszyscy mają zakaz wychodzenia z Pokoju Wspólnego. Coś się dzieje. 
Remus i James spojrzeli na siebie, a ich serca przeszył mocny ból. 
*****

Severus z głuchym stęknięciem upadł na ziemię. Oszołomiony popatrzył na Alana, który uśmiechał się drwiąco. 

- Czy ja coś tobie zrobiłem?- spytał wściekły Snape- Nawet cię nie znam!

Alan nie odpowiedział, a Severus z czystym sercem mógł stwierdzić, że szesnastolatek wyglądał na niepoczytalnego. 

Blondyn uniósł różdżkę i wycelował ją w Severusa. Ten drugi natomiast zaklął siarczyście i z przerażeniem przypomniał sobie, że szedł tylko na spacer i nie wziął ze sobą różdżki…

- Ta ruda wiedźma będzie cierpieć- wysyczał.

Snape zamarł. Czyżby ten chłopak mówił o jego Lily?

- Avada…

Severus nie dostrzegał w oczach Alana ani skrawka litości. Nic prócz gniewu i pragnienia mordu. Chłopiec skulił się, czekając na śmierć. 

I wtedy wydarzyło się nieoczekiwane.

- Drętwota! 

Snape nadal nie podnosił głowy. Wszędzie latały zaklęcia. Usłyszał łomot paru ciał upadających na podłogę. Po kilku sekundach zaklęcia ustały. Lecz Severus dalej, jak wmurowany, nie poruszył się nawet o cal.

Poczuł czyjąś dłoń na ramieniu, lecz nie wstawał, dopóki nie usłyszał, że wyiesiono Alana. 

- Chłopcze, mam na imię Marcus Poher, jestem aurorem. Teraz zaprowadzę cię do profesora Dumbledore’a. Ktoś jeszcze tam na ciebie czeka. Potem wyślą cię do Skrzydła Szpitalnego.

Severus poddał się woli prowadzącego, wciąż lekko oszołomiony.
***

KOCHANI,

Gdy już spokojnie przeczytaliście rozdział, mogę Wam coś oznajmić…

DOKŁADNIE dzisiaj mija DWA LATA tego opowiadania. 

12 stycznia 2015 roku powstała pierwsza wersja rękopisu pierwszego  rozdziału! Już dwa lata piszę to ff, z małymi przerwami, i nadal mam na nie wenę! Jestem przeszczęśliwa :D Nie na codzień świętuje się drugą rocznicę  opowiadania :D

Dziękuję wszystkim, którzy  czytają to fanfiction :*

33. Gdy niewiele brakuje

Dorcas popatrzyła na kalendarz. 8 stycznia.
Jak czas wolno biegnie, gdy człowiek cierpi, pomyślała. Dopiero 8 dni od była w szkole. Całe osiem dni ukrywania emocji po jego stracie.
- Dorcas, słuchasz mnie w ogóle?
Dziewczyna otrząsnęła się z zamyślenia i z przeproszeniem popatrzyła na przyjaciółkę.
- Przepraszam, zamyśliłam się. Co mówiłaś?
Lily westchnęła.
- Naprawdę nie pamiętasz?  Miałaś zerknąć na kalendarz i znaleźć ostatnią sobotę stycznia.
Dorcas zmieszała się.
- Przypomniało mi się coś.
Dziewczyna jeszcze raz zerknęła na kalendarz w poszukiwaniu dnia.
- Ostatnia sobota wypada…dwudziestego piątego stycznia.
Lily kiwnęła głową.
- Chyba żadna nie ma planów na ten dzień?
Ann, Alicja i Dorcas zgodnie pokręciły głowami.  Rudowłosa odetchnęła z ulgą. Wciąż coś im nie pasowało.
- Czyli ustalone. Dwudziesty piąty stycznia, noc wyznań.

Dziewczyny siedziały w dormitorium. Kilka godzin wcześniej skończyły się lekcje. Lily przeciągnęła się mocno i wstała.
- Idę odwiedzić…znajomą w Skrzydle Szpitalnym. Powinnam wrócić za jakiś czas.
Dziewczyny kiwnęły głową, a Ruda wyszła z dormitorium.
***
Emily leżała w łóżku szpitalnym i ….nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Ciągle była pod opieką pani Pomfrey. Po tym, jak się obudziła, odwiedził ją psycholog. Nie chciał przyjąć do wiadomości, że Emily wcale nie miała na myśli próby samobójczej, co jeszcze bardziej ją dołowało.
Dziewczyna straciła nadzieję, że ktokolwiek przyjdzie ją odwiedzić. Od pielęgniarki dowiedziała się, że przyniósł ją jakiś chłopak ze starszych klas. I na tym kończyły się jakiekolwiek informacje.
Krukonka była jedynym gościem Skrzydła Szpitalnego, co oznaczało, że Poppy miała więcej czasu na opiekowanie się nią.
Jakież wielkie było zdziwienie Emily, gdy drzwi cicho zaskrzypiały, a do pomieszczenia weszła ruda osóbka.
- Lily?- spytała zdziwiona dziewczyna.
Rudowłosa uśmiechnęła się delikatnie. Domyśliła się, że mimo tego, że Emily wysłała do niej karteczkę, wcale nie sądziła, że do niej przyjdzie.
Ruda cicho usiadła na stołku obok łóżka pacjentki.
-Jak się czujesz?- spytała.
Dobrze, zamierzała  powiedzieć Krukonka, ale to słowo nie chciało wyjść przez jej gardło. Lily zaniepokojona milczeniem, popatrzyła uważnie na rówieśnikę. Nigdy nie czuła się tak, by wiedzieć, jakie uczucia kierują ludźmi, którzy przez nie byli gotowi pożegnać się z własnym życiem. Emily chyba wiedziała, o czym myśli Lily.
- Ty chyba też nie sądzisz, że chciałam…- Emily znów zabrakło słów.
Lily popatrzyła na nią poważnie, lecz w jej oczach widoczny był smutek.
- A co miałam pomyśleć?- szepnęła- Znaleziono cię całą zakrwawioną, nikogo wtedy obok ciebie nie było.
Emily zamknęła oczy.
- Chciałam wtedy po prostu uciszyć myśli. Nie życie… Zastanawiam się teraz, czy Amanda nie żyje przeze mnie.
Lily skrzywiła się. Rozpoczęły temat, którego chciała uniknąć.
- To nie przez ciebie. Nawet tak nie myśl- Emily uciekła wzrokiem-Proszę.
Panna Carghin skinęła głową , choć wiedziała, że wcale nie będzie tak łatwo.
- A kto jest…mordercą?- padło pytanie. Tym razem to Lily uciekła wzrokiem. Po chwili wahania, powiedziała:
- Nie wiem.
Emily popatrzyła na nią uważnie.
- Kłamiesz- Ruda drgnęła- Nie chcesz powiedzieć mi prawdy. Dlaczego?
- Bo sama nie jestem pewna, co, prócz zemsty, kierowało tą osobą.
Emily poruszyła się niespokojnie. Kto chciałby się za nią mścić? Przecież nie miała nikogo.
- Czyli znasz tą osobę?
Lily kiwnęła głową i przygryzła wargę.
-A ta osoba zna mnie?
Lily się zawahała, ale po chwili niepewnie skinęła na znak zgody. To wzbudziło w Emily czujność.
- Ale skąd mnie zna?
Lily gwałtownie wstała i zakryła twarz dłońmi. Po chwili wybuchła.
- Nie wiem, Emily, nie wiem! Zaufałam osobie, której nie znałam! Co ja sobie myślałam?! A jakby to mnie zrobił krzywdę?!
Lily coraz bardziej panikowała. Emily popatrzyła na nią przerażona.
- Ale chyba nie chcesz powiedzieć, że…rozmawiałaś na mój temat z kimś zupełnie obcym dla mnie i dla ….ciebie?!Przecież to..
Emily gwałtownie przerwała i obie okręciły się w stronę drzwi. Gdy Emily wypowiadała jedno z ostatnich zdań do szpitala wszedł Dumbledore.
- Dzień dobry, dziewczynki. Witaj, pani Pomfrey- dodał, gdy pielęgniarka wyszła ze swojego gabinetu. Lecz jego oczy wciąż były skierowane na załamaną Lily.
- Witaj, Albusie. Co cię tu sprowadza?- spytała Poppy.
- Przyszedłem porozmawiać z Emily. Ale póki co muszę zamienić słówko z panną Evans.
Lily wystraszyła się. Chyba nie poniosę konsekwencji za to, że pomagałam mordercy?, pomyślała. A potem zdała sobie sprawę, że Dumbledore przecież nie zna sprawcy.
Ruda niepewnie wstała.
- Zapraszam do mojego gabinetu- powiedział z uśmiechem, choć jego oczy pozostawały poważne i czuje.
Emily popatrzyła na Lily z przerażeniem.
******
Rudowłosa powoli zamknęła drzwi gabinetu Dumbledore’a, a sam dyrektor usiadł za biurkiem. Gestem zaprosił dziewczynę, by usiadła naprzeciw niego. Zaniepokojony dyrektor patrzyła jak dziewczyna  niepewnie siada na krześle.
- Odwiedziłem Skrzydło Szpitalne, by porozmawiać z panną Carghin na, być może, przykry dla niej temat. A mianowicie o jakichkolwiek faktach, które mogłyby mnie doprowadzić do sprawcy przykrego incydentu. Lily- dziewczyna drgnęła na dźwięk swojego imienia- wchodząc usłyszałem kilka niepokojących zdań. Wiesz, co mam na myśli?
Dziewczyna zacisnęła usta i  kiwnęła głową.
- Martwię się o ciebie.
Lily gwałtownie uniosła głowę, która zdążyła opuścić w dół. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Dlaczego niby ktoś taki jak dyrektor miałby się o nią martwić?
- Znasz sprawcę, prawda?
Lily kiwnęła głową,  czując, za cała drętwieje.
- I zapewne w Skrzydle Szpitalnym zdałaś sobie sprawę, w jakim niebezpieczeństwie byłaś i wciąż jesteś.
Po policzku Lily spłynęła łza. Przez chwilę milczała. A potem powiedziała te dwa przeklęte słowa.
- Alan Letllin.
Tyle wystarczyło, by Dumbledore postawił całe grono nauczycielskie na nogi, wezwał aurorów i zrobił coś, czego Lily się nie spodziewała…
Rozkazał jej zostać w swoim gabinecie i poczekać na jego powrót.

Lecz gdy wrócił nie miał dobrych wieści. Zmęczony opadł na fotel i zamknął oczy.
- Alan zaginął. Nie możemy go odnaleźć.
Lily skoczyła na równe nogi.
- Ale…
Dumbledore’a przerwał jej.
- Alan, albo któryś z jego kolegów musiał zobaczyć, jak prowadzę cię do swojego gabinetu.
Dla Lily czas się zatrzymał. Na chwilę przestała oddychać.
- Ale…
Dziewczyna opadła na krzesło, bo poczuła, że traci grunt pod nogami.
Alan wiedział, że na niego doniosę.
Wie, że może już robić wszystko. Nic nie zmieni zarzutu morderstwa.
A to oznacza…
Zemsta na mnie.
Ale skoro ja jestem tu…
- Dziewczyny!- wrzasnęła przerażona dziewczyna i pobiegła do drzwi. Zamknięte. Zaczęła je szarpać.
- Lily, pomyśleliśmy o tym. Autorzy pilnują twoich przyjaciółek. Alan jest zdolny do wszystkiego. Są podejrzenia, że użył do…pewnej rzeczy Czarnej Magi… A to oznacza dożywotni pobyt w więzieniu. Alan jest prawie pełnoletni, więc będzie odpowiadał jako dorosły.
Lily zaprzestała bezowocnego zajęcia, jakim była próba zniszczenia drzwi.
- Lily, posłuchaj mnie uważnie. Czy Alan wiedział cię w towarzystwie któregoś z twoich innych bliższych znajomych?
Lily zastanowiła  się przez chwilę. Strach zjadał ją od środka.
Kolejny raz tego dnia straciła oddech.
Poczuła, że ogarnia ją panika.
- Severus!